GALA nr 36/2008

Wywiad z Agnieszką opublikowany w Magazynie GALA nr 36/2008
Więcej o Agnieszce na stronie GALA.pl


Syn mnie uratował

Gala_Okladka-nr36_2008Wraca w świetnej formie. Kokaina, alkohol i ludzie, którzy sterowali jej życiem, to przeszłość. Po latach, które były jedną wielką imprezą, zweryfikowała hierarchię celów i potrzeb. Na jej szczycie stanął syn Ryszard, dzięki któremu – jak podkreśla – wszystko znowu nabrało sensu.

Cieszy ją odzyskana wolność, spokój i świadomość samej siebie. Szczęście daje jej to, że rodzinie smakuje przyrządzony przez nią gulasz. Wzrusza się, gdy słyszy od syna „mama”. Przyznaje, że jest w stosunku do niego nadopiekuńcza. „Miałam pretensje do ojca, że trzymał mnie pod kloszem, a sama robię dokładnie to samo. Obwiniam się o każdego siniaka, biczuję się każdym strupem, bo przecież mogłam go przed tym ochronić” – mówi. Z synem była przez ostatnie dwa lata i trzy miesiące non stop.

GALA: Po urodzeniu Ryszarda zniknęłaś na dobre. Rozumiem, że wszystko inne przestało się liczyć?

AGNIESZKA CHYLIŃSKA: Przeczuwałam, że tak będzie. Bardzo chciałam zostać matką i starałam się o to przez rok. Ale chociaż teraz przeżywam z synem naprawdę wspaniałe chwile, początki były bardzo trudne. Mimo że przeczytałam niezliczone ilości książek na temat macierzyństwa, żadna z nich nie przygotowała mnie na to, że poród to rzeźnia, a pierwsze dwa miesiące po nim są prawdziwą masakrą.

GALA: Było aż tak źle?

AGNIESZKA CHYLIŃSKA: Było bardzo źle. Dostałam obuchem w łeb. Czułam się strasznie. W dodatku miałam wrażenie, że wszystko jest przeciwko mnie – nawet zagięcie na pieluszce. Nie miałam wcześniej kontaktu z małymi dziećmi. Mój syn się darł, a ja kompletnie nie wiedziałam, o co mu chodzi. W ogóle nie mogłam poczuć, że jestem matką, że to piękna rola. Kiedy pojawiłam się z nim w domu, chciałam uciec, bałam się, że nie dam sobie rady. W tych pierwszych dniach obecność małego traktowałam jak zamach na moją suwerenność artystki. Chciałam natychmiast wrócić do pracy, schudnąć i mieć długie paznokcie. A tymczasem zespół Chylińska się rozpadł, ja nie chudłam, ponieważ karmiłam piersią, a więc wstawałam w nocy głodna i z maksymalnym poczuciem winy żarłam buły. O pazurach też musiałam zapomnieć, bo źle wyglądają utytłane w kupie. W dodatku czułam maksymalną presję bycia szczęśliwą młodą matką, bo kobieta w połogu zdaniem wszystkich musi być szczęśliwa i w jej życiu nie ma miejsca na doła.

GALA: Zdaje się, że miałaś klasyczną depresję poporodową.

AGNIESZKA CHYLIŃSKA: Nie wiem, czy to była depresja. Pewnie tak, ale pamiętam, że naprawdę nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Przede wszystkim byłam porażona swoją bezradnością. Do tej pory moje życie stanowiło jedną wielką imprezę. Poza tym nie wychowywałam się w rodzinie wielopokoleniowej, gdzie starsze dzieci opiekują się młodszymi, skąd więc miałam wiedzieć, co robić? Uratowała mnie Joanna, moja menedżerka i zarazem matka dwóch córek. Odkryciem była też książka „Język niemowląt” Tracy Hogg. Dzięki Joannie zaczęłam panować nad sytuacją i łapać kontakt z synem. Przewartościowałam też wszystko. Teraz to, że nie ma mnie na żadnej liście przebojów ani na piątym miejscu w sprzedaży płyt, nic dla mnie nie znaczy w porównaniu z tym, że mój syn zrobił zawodową kupę albo uśmiechnął się do mnie jednym zębem. Dzisiaj wiem, że Ryszard mnie uratował, bo tuż przed zajściem w ciążę straciłam cel i sens życia. Nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby nie on.

GALA: Czy to właśnie poczucie bezsensu kazało ci pić litrami whisky, brać kokainę i sypiać, z kim popadnie?

AGNIESZKA CHYLIŃSKA: Macierzyństwo to piękny papierek lakmusowy na miłość do samej siebie. Bo dopiero gdy zostałam matką, zdałam sobie sprawę, jak strasznie siebie nie kocham. I właśnie ten brak miłości powodował, że robiłam to, co robiłam. Ale nie byłam uzależniona od kokainy, bo nie jestem typem autodestrukcyjnym i nie wchodziłam w żadne ciągi. Po prostu, gdy było więcej kasy, ktoś przynosił koks i się wciągało. Byłam raczej uzależniona od ludzi, którzy sterowali moim życiem. Spalałam się dla nich niepotrzebnie. A dzisiaj cały czas mam w głowie, że jest mój syn. Czasem bywa to wkurzające, bo świadomość tak silnej więzi z drugim człowiekiem mocno mnie przeraża. Ale to właśnie dzięki Ryszardowi chce mi się rano wstawać. Jestem z siebie dumna. I co chyba najważniejsze, wreszcie siebie pokochałam. Bo zrozumiałam, że jestem potrzebna. Nikomu nie muszę już nic udowadniać. Mój syn mnie uwielbia, a ja jego. To się liczy.

GALA: Nie wychowujesz dziecka sama, ale o swoim partnerze milczysz jak zaklęta.

AGNIESZKA CHYLIŃSKA: Uważam, że opowiadanie o osobach bliskich w wywiadach to duży obciach. Jestem wrogiem sesji z rodziną i bajdurzenia o wspólnym pożyciu. Dla mnie to jest tak święte i ważne, że nie chcę się tym dzielić. Poza tym wiesz, za co lubię swoje życie? Za to, że gdy skończę z tobą rozmawiać, wrócę do domu, przyjdzie moja teściowa, bo choć nie mamy z Markiem ślubu, tak nazywam jego mamę. I spytam ją, co mam kupić na obiad, po czym zacznie się cudna normalność. I za to też jestem wdzięczna synowi – że wróciłam do życia sprzed sukcesu. Muszę wyjść do sklepu, żeby coś kupić, muszę z synem iść do parku, żeby był na świeżym powietrzu. Mocno zastanawiam się nad kupieniem ziemi na wsi.

GALA: Twoi fani będą rozczarowani, bo wygląda na to, że drapieżna Chylińska zniknęła na dobre.

AGNIESZKA CHYLIŃSKA: Mam nadzieję, że ci, którzy słuchali „Kiedy powiem sobie dość” w 1996 roku, dzisiaj też mają trzydzieści kilka lat i dorośli wraz ze mną. A jeśli nie, to trudno. Nie mam już ochoty walczyć o kogokolwiek. Bardzo się na tym przejechałam po rozpadzie O.N.A. Nie chcę też spełniać niczyich oczekiwań. Bo one nagle się zmieniają i można się nieźle zasapać, próbując im sprostać. Dziś chcę żyć dla siebie i rodziny. I na pewno nie wystraszy mnie sytuacja, kiedy ktoś powie, że to, co robię, jest bez sensu albo że urwało mi jaja. Czy coś takiego.

GALA: Reaktywujesz zespół Chylińska?

AGNIESZKA CHYLIŃSKA: Z kolegami rozstaliśmy się w tak żenujących okolicznościach, że dziś, choć próbują się do mnie dodzwonić i piszą e-maile, chcę o nich jak najszybciej zapomnieć. W zespole Chylińska mieliśmy być ze sobą na dobre i na złe. Takie było założenie. Gdy odchodziłam z O.N.A., miałam dość gwiazdorki, grania na dożynkach i robienia klezmerki z muzyki. I niby w nowym projekcie postawiliśmy na przyjaźń, ale koledzy nie stanęli na wysokości zadania. Kiedy powinni mi dać spokojnie urodzić dziecko, oni parli,żebyśmy grali koncerty, bo muszą opłacić rachunki za prąd. Dziś mam do siebie żal, że nie włączyło mi się wtedy myślenie: dosyć tego, co to ma być? Potem wszystko się rozwaliło. Bardzo to przeżyłam. Okazało się, że coś, co uważałam za przyjaźń, było biznesowym kontraktem.

GALA: Nie ma tego złego… Dzięki temu mogłaś zafundować sobie urlop i skupić się na dziecku.

AGNIESZKA CHYLIŃSKA: Dokładnie. Nareszcie miałam też mnóstwo czasu na to, żeby przemyśleć całe moje popieprzone życie.

GALA: Jakie wnioski wyciągnęłaś?

AGNIESZKA CHYLIŃSKA: Wnioski są takie, że choć pozwalałam innym na rzeczy, które sprawiały, że źle się czułam, nie wszystko zostało zepsute i zniszczone. Zdałam sobie sprawę także z tego, że złe chwile są potrzebne. Nie oszukujmy się – jak jest dobrze, to nie zastanawiasz się nad niczym, bo i po co. Dopiero jak się zaczyna psuć, jak złapiesz tę „pokrzywkę” i poczujesz, że boli, włącza ci się głęboka analiza. Jeśli oczywiście masz odrobinę rozsądku. Bo jeśli jesteś głupia, obwiniasz wszystkich dookoła za to, że jest ci źle. Oczywiście ja tak robiłam, ale w pewnym momencie postanowiłam wyłączyć obwinianie kogokolwiek za cokolwiek.

GALA: Zrobiłaś rachunek sumienia i wzięłaś wszystko na klatę?

AGNIESZKA CHYLIŃSKA: Tak. Postanowiłam wziąć się za siebie i ustaliłam priorytety. Na pierwszym miejscu jest syn. Ma mieć superdzieciństwo i mamę przy sobie. Ma być tak, jak w moim rodzinnym domu. Moja mama zrezygnowała z pracy i siedziała ze mną do momentu, kiedy nie skończyłam piętnastu lat. I jestem jej bardzo wdzięczna, że tak się stało. Na drugim miejscu jest oczywiście muzyka. Przemyślałam, czego słucham, co sprawia, że mam ciarki. I co do tej pory w mojej twórczości było ostentacją, manifestem, a co naprawdę kochałam w tej muzyce.

GALA: Jakie były konkluzje?

AGNIESZKA CHYLIŃSKA: Zrozumiałam, że do tej pory nagrywałam płyty, które miały szansę spodobać się… mojemu bratu. Taka jest prawda. Przez całe moje nastoletnie życie zabiegałam o jego akceptację. Był moim idolem. To on przyniósł płyty Iron Maiden do domu. I to on zerwał plakaty Michaela Jacksona ze ściany. Bardzo mi zależało, żeby mówił o moich płytach: kultowe. I bardzo mnie bolało, gdy krytykował mnie i zespół. Gdy wydałam ostatnią płytę z zespołem Chylińska, która była jedną wielką rzygowiną, przede wszystkim tekstową, był pierwszą osobą, którą spytałam o zdanie. W odpowiedzi usłyszałam: „Co ci się stało? To jest straszne. Przesadziłaś”. I wtedy chyba po raz pierwszy w życiu pomyślałam: „A może by tak wreszcie być szczerą w stosunku do samej siebie? A może by tak przyznać przed samą sobą, że chcę w końcu zrobić coś dla siebie?

GALA: I jaką w związku z tym teraz będziesz tworzyć muzykę?

AGNIESZKA CHYLIŃSKA: Przygotowuję nową płytę z Bartkiem Królikiem i Markiem Piotrowskim, muzykami znanymi z Sistars. Ale nie chcę mówić, jaka to będzie muzyka. Mogę powiedzieć, że po raz pierwszy mam poczucie, że uwolniłam się od czegoś, co mi nie dawało spać po nocach, czyli z bycia niewolnikiem własnego wizerunku. To było na pewnym etapie straszne. Żyłam w przekonaniu, że skoro jestem obdziargana i mówię: „kurwa mać”, to nie mogę założyć różowej sukienki. Nie mogę założyć szpilek, iść do zoo ani słuchać zespołu September, choć moim zdaniem każdy ich numer to przebój, bo przecież muszę mieć na nogach martensy i mam straszyć ludzi. Okropnie się w tym zapętliłam, naprawdę. W końcu doszłam do wniosku, że nie chcę być „tą dziewczyną z O.N.A.” do końca swych dni. Gdybym teraz próbowała się wbić w tamten wizerunek, kłamałabym. Bo we mnie nie ma już tamtej negacji wszystkich i wszystkiego, uspokoiłam się. Kiedy pojawia się dziecko i zaczyna proza życia, nie da się już być rockandrollowcem w pełnym wymiarze.

GALA: Miał więc rację Grzegorz Markowski, który powiedział kiedyś, że gdy urodzisz dziecko, to ci ten cały bunt minie.

AGNIESZKA CHYLIŃSKA: To normalne. Kiedyś pisałam teksty: „Telefon dzwoni, mam to gdzieś, kolejna szklanka spada trupem w dół”. Ku mojemu zdumieniu okazało się jednak, że jestem osobą cholernie radosną i łaknącą życia. Ostatnio pojechałam do wuja na wieś, jeździłam ciągnikiem, chodziłam z moim synem po polach. Pokazywałam mu gąsienice, obserwowaliśmy motyle i żuczki. I myślałam: „Jak pięknie, że mnie takie pierdoły cieszą”.

GALA: Ale najwidoczniej musiałaś zatoczyć koło, żeby się tymi gąsienicami teraz zachwycać.

AGNIESZKA CHYLIŃSKA: To mnie chyba rozśmiesza najbardziej. Że aby przeczytać mojemu synowi „Lokomotywę” Tuwima, musiałam pójść na parę imprez, zrobić sobie kilkanaście dziar i nagrać sześć rockowych płyt. Cóż… każdy ma swoją drogę. Dzisiaj cieszę się z tego, co mam. A mam przy sobie mych wspaniałych ludzi. Żadnych toksyn, żadnych sytuacji, w których miałabym odrobinę chociaż wątpliwości. I wiesz, co jest najfajniejsze? Wróciła mi radość z tworzenia. Siedzimy w studiu i z uśmiechem na twarzy robimy numery, które nas rozkładają na łopatki, a przy tym nie towarzyszy nam atmosfera grozy i presji. Patrzymy sobie z chłopakami w oczy i mamy polewkę, że tak dobrze nam idzie. Pamiętam, że w zespole O.N.A. też mieliśmy moment zakochania. I wszystko dobrze szło do momentu osiągnięcia przez nas sukcesu. To nas zabiło jako zespół.

GALA: Była palma?

AGNIESZKA CHYLIŃSKA: Była absolutna palma. Dzisiaj wiem, że nie jest sztuką osiągnięcie sukcesu. Sztuką jest zrobić to jeszcze raz, ale świadomie. Wrócić, ale z pewnymi wnioskami i przede wszystkim z dystansem. To też dał mi syn. Zaczęłam patrzeć na wszystko z innej perspektywy.

GALA: Nie boisz się, że jeśli odniesiesz sukces po raz drugi, to mimo zyskanej perspektywy ten świat znów cię pochłonie? Będzie palma bis?

AGNIESZKA CHYLIŃSKA: Nie ma już na to szans. Syn czeka na mnie w domu. Nie ma też żadnej możliwości, żeby mi odwaliło, bo ja to już przeżyłam. Miałam w życiu naprawdę duże pieniądze. No i co z tego? Przesrałam je na imprezach. Miałam sukcesy, nie wspomnę już o ilości sprzedanych płyt, bo to dzisiaj jest nie do odtworzenia. Ale pamiętam, że ludzie, aby dostać graf, stali w kilometrowych kolejkach. I to wszystko minęło. Podczas konferencji TVN z okazji pierwszej edycji programu „Mam talent”, w którym jestem jurorem, siedziałam w pierwszym rzędzie. Ale w przyszłym roku będą nowe programy i posadzą mnie już w drugim rzędzie. A potem w trzecim, czwartym.

GALA: Zawsze twierdziłaś, że jesteś wrogiem takich programów. Dlaczego zdecydowałaś się na bycie jurorem?

AGNIESZKA CHYLIŃSKA: Gdybym myślała o sobie tak jak kiedyś, czyli „kultowa Chylińska, która zamiast mówić, ryczy i straszy dzieci”, to pewnie bym się na to nie zdecydowała, bo przecież „jak można się tak sprzedawać”? Ale przestałam już być więźniem Chylińskiej. I jako że lubię nowe wyzwania, pomyślałam: „A niby dlaczego nie wypada mi tam wejść z moimi poglądami i doświadczeniem?”. Tym bardziej że się na tym znam i rzetelnie mogę ocenić, czy ktoś potrafi śpiewać, czy ma charyzmę.

GALA: Jesteś w jury dobrym policjantem, czy tym złym?

AGNIESZKA CHYLIŃSKA: Na początku zakładałam czarne koszulki i postanowiłam, że będę naburmuszona. Że będę tą, której się nic nie podoba. Po czym, gdy zaczęły się pojawiać na scenie małe genki, to wszystko runęło. Bo jak mam powiedzieć siedmiolatkowi, który ma niebieskie oczka i loki, że się nie nadaje? Okazało się, że jestem największą picią w jury.

GALA: A jak chcesz pogodzić nagrywanie płyty i udział w programie z wychowywaniem syna?

AGNIESZKA CHYLIŃSKA: Płytę robimy w dość spokojnym tempie, bo powiedziałam sobie jasno, że w moim życiu nie ma już miejsca na pośpiech. Jeśli chodzi o „Mam talent”, nie jest to żadna męka, bo program będzie emitowany raz w tygodniu. Cieszę się, że czasy zawrotnego tempa i bycia dyspozycyjnym 24 godziny na dobę bezpowrotnie minęły.

GALA: Udział w tego typu programach nieodmiennie wiąże się z popularnością, a także z tym, że mnóstwo osób znów zacznie interesować się twoim życiem. Nie przeraża cię to?

AGNIESZKA CHYLIŃSKA: Ten program to dla mnie miła odskocznia od codziennego życia, a nie coś, na czym chcę budować swoją medialną przyszłość. Dopóki będzie przyjemnie, to będę w nim uczestniczyć. Dla mnie najważniejszy jest teraz święty spokój, spokój mojej rodziny i normalność, a nie popularność czy jakieś tam słupki oglądalności. Wszystko to już miałam i przeżyłam. W przeszłości wylano też na mnie niejedno wiadro z pomyjami, więc zahartowana jestem. A jeśli chodzi o przysłowiowe zaglądanie pod spódnicę, to pewnie, że mnie to wkurwia. Ale co mogę zrobić w czasach, gdy każdy ma komórkę i może mnie nagrać lub nakręcić, nie pytając o zdanie? Świadomość, że biorę udział w jakimś przedsięwzięciu z czystej przyjemności, jest dla mnie największą nagrodą i powodem do dumy. Dzisiaj nic już nie muszę, tylko chcę, a to spora różnica. Nie boję się być, kim zechcę, choć najbardziej mi do twarzy ze sobą.