Glamour 10/2009

Wywiad z Glamour nr 10/2009
Rozmawiała Grażyna Olbrych
zdjęcia Top Management


Agnieszka Chylińska – jestem podłączona do rurek z megamiłością

Glamour_OkladkaAgnieszka Chylińska – nie przestaje mnie zaskakiwać. Nową płytą pokazuje swoje nowe oblicze – seksownej kobiety na obcasach. Gdzieś zniknęła dawna agresja. Tylko wrażliwość wciąż ta sama.

GLAMOUR: Kim są fani dla artysty? Kim są fani dla ciebie?

Agnieszka Chylińska: To są ludzie, których artysta powołał do życia swoją twórczością i wrażliwością. To ludzie, którzy swoimi emocjami reagują na moją twórczość, to adresaci słów moich piosenek i muzyki. Choć artyści nigdy do końca nie wiedzą, kto utożsami się z ich twórczością, mają nadzieję, że trafi ona do tych, którzy mają podobną wrażliwość. Ja zawsze, pisząc piosenkę lub tekst do niej, myślałam o tym, żeby dotarł do kogoś, kto jest do mnie podobny, na tym etapie życia, na którym jestem. Kiedy debiutowałam, gdy miałam 18 lat, to siłą rzeczy mając w sobie tamten ból, emocje, smutek, kompleksy, trochę przywalona tym sukcesem, który się tak błyskawicznie pojawił, szukałam zrozumienia w oczach ludzi podobnych do mnie: też smutnych, też z problemami, też na jakimś rozdrożu, też niepogodzonych z pewnymi sytuacjami. I to był dialog, to się udawało, to było fajne. Teraz tworząc, mam do wyboru: albo odcinać kupony od tego, co już zrobiłam, czyli dawać fanom to samo, co przed laty, albo zmieniać się. Każda z tych decyzji wiąże się z ryzykiem. W pierwszym przypadku muszę liczyć się z tym, że część fanów odchodzi, bo dojrzewa i słucha innej muzyki, a zostaje tylko ta najbardziej wierna i „fundamentalna”. W drugim każda zmiana i postęp nawet o centymetr może się nie spodobać fanom sprzed lat. Dlatego prywatnie ukułam sobie złotą myśł, że bycie idolem jest trochę jak chodzenie po polu minowym. Warto robić to, co uważa się za słuszne, zmieniać się i iść do przodu nawet wbrew tym, którzy mówią, co jest „kultowe”, a co nie. Mam tu na myśli moją branżę, czyli muzykę rockową i moją bardzo zdeklarowaną publiczność. Rozumiem intencję twojego pytania, bo dzisiaj, decydując się na tak radykalną zmianę, mogę się tylko domyślać, jakim szokiem dla fanów po 5 latach ciszy jest moja nowa płyta.

G: Czyli artysta według ciebie to człowiek, który zawsze daje z siebie prawdę i może ona być bardzo różna?

A: Jeśli jest on autentyczny, bo to jest podstawa. Byłabym bardzo nieautentyczna, gdybym po tych 5 latach odnalazła w szafie mój strój z 1995 roku i próbowała się w niego wbić tylko po to, żeby w ludziach ugłaskać ich sentyment do tego, co było kiedyś. Patrzę z wielkim smutkiem na artystów, którzy, mówiąc wprost, cały czas pielęgnują trupa. To robią ci, którzy mają taką społeczną funkcję bycia wdową czy wdowcem po jakiejś idei czy nazwie. Nigdy nie kalkulowałam, zawsze byłam przekonana, że wszystko powinno dziać się w zgodzie ze mną. Nie przewidziałam tego, że będę chciała tak bardzo się zmienić. Gdyby 15 lat temu ktoś zadał pytanie, czy będę śpiewać taneczne piosenki, to po prostu puknęłabym się w czoło, zbluzgała go i powiedziałabym, że jest nienormalny. Myślę, że podstawą w tym fachu jest to, żeby działać wedle tego, co ma się w sercu. Ten ruch jest z mojej strony bardzo ryzykowny, bo wielu krzykaczy próbuje mi zarzucić, że był to świetnie marketingowo wymyślony ruch mający na celu zebranie fajnego kapitału po „Mam talent” itd. Prawda jest inna. W pewnym sensie debiutuję po raz drugi w zupełnie nowej roli. Ci, którzy chcieli we mnie widzieć tamtą dziewczynę, już jej nie znajdą i wrócą z niczym.

G: To kim jest ta dziewczyna dzisiaj?

A: Pojawiły się w moim słowniku nowe słowa, których wcześniej nie było i one napędzają moje życie. Ich wcześniej zabrakło, po prostu ich nie odkryłam, byłam za młoda, za mało doświadczona. Po pierwsze pokora. Złożyło się na nią wiele różnych wypadków. Głównie to, że przestałam być sama i zostałam mamą. Nie sądziłam, że to tak wygląda i że to jest taki „hardcore”. To jest tak naprawdę ten moment w życiu człowieka, kiedy trzeba oddać się drugiej osobie. I nie wolno myśleć wtedy w kategoriach „co ja będę z tego miała” albo „zaraz chwileczkę, nie teraz”. Po drugie cierpliwość. Pojawiła się nadzieja i głęboka wiara – we mnie, w moje możliwości. Kiedy byłam młoda, uzależniałam zdanie o samej sobie od tego, co o sobie przeczytałam. To było straszne, ponieważ nie miałam jeszcze mocnego kręgosłupa moralnego i głębokiego przekonania o tym, że sama wiem, co mam robić. Byłam roztrzęsiona, zagubiona. Bardzo mi się podoba to, jak pani Urszula Dudziak opowiadała, że gdy wychodziła na scenę, kiedy jeszcze nie była znana, ludzie patrzyli na nią, zadając sobie pytanie: „Kim jest to brzydactwo?”. A ona szybko leciała do mikrofonu, żeby udowodnić, po co jest na scenie. Ze mną było podobnie. Za każdym razem, stojąc przed mikrofonem, udowadniałam, że nie znalazłam się tam przypadkowo. No i wtedy właśnie pojawiło się się to moje uzależnienie od słów: „Kochamy cię, ale się nie zmieniaj, tak trzymaj Chylińska, ty jesteś głosem nas wszystkich pryszczatych, brzydkich, zdesperowanych, zakompleksionych – taka masz być”. Muszę się przyznać, że żyłam tu i teraz i moje życie było bardzo bezrefleksyjne. Nie myślałam o tym, że mogę żyć inaczej, że mogę inaczej być traktowana przez ludzi, przez najbliższych współpracowników. Miałam w sobie tyle zachwytu tym, że udało mi się ze szkolnej ławki trafić od razu do profesjonalnego zespołu i wystąpić w Opolu w ’95 roku. To było marzenie wielu artystów, którzy siedzieli w garażach i grali po 10 lat. Nagle to się wydarzyło. Z ogromną wdzięcznością brałam wszystko, co dostawałam. Z perspektywy czasu widzę, że mogłam zupełnie inaczej to przeżyć, ale też mam taką swoją teorię, może wyświechtaną, że każda kiepska chwila jest jednak po coś. Nawet, kiedy przeżywałam bardzo głębokie doły, to one były po to, żeby się we mnie obudziła taka fajna wrażliwość, którą mam dzisiaj. Ona jest moim kierunkowskazem w życiu. Myślę, że zmieniłam się, bo odkryłam samą siebie. Na 5 lat zamknęłam się w kokonie. Siedziałam z dzieckiem w domu i nareszcie pojawił się czas na myślenie. Pomyślałam, że muszę dopuścić do siebie te wszystkie uczucia: złość, rozczarowanie, bo przecież płyta, którą wydałam w 2004 roku, nie stała się megasukcesem. Ciąża sprawiła, że pomyślałam: „Musisz się zatrzymać, musisz tu usiąść i przerobić tę lekcję”. Myślę, że przerobiłam, co było do przerobienia i odnalazłam w tym wszystkim swój głos. I nagle ten głos zaczął mówić, że mam o siebie zadbać, przyjrzeć się najbliższym współpracownikom, ludziom, którzy niby pracują na moją korzyść: czy oni tak naprawdę chcą mojego dobra, czy chcą jedynie zapełnić swoje konta bankowe. Przeżyłam czas dosyć bolesnych rozstań, bolesnego przefiltrowania, bo przecież miałam stosunek emocjonalny do tych osób. Ale jednak coś we mnie mówiło: daj sobie odpocząć, teraz dziecko jest najważniejsze, ty jesteś najważniejsza, twoje ciało, samopoczucie, komfort.

G: Ludzie do takich wniosków dochodzą po latach psychoterapii albo w momencie, gdy odnajdują wiarę. Jak to zrobiłaś? Czy to przyszło z ciebie i pozwoliłaś sobie usłyszeć siebie, czy miałaś jakiś filar, jakąś pomoc?

A: No pewnie, że miałam. I filar, i pomoc. To działo się stopniowo. Najpierw musiałam wyrzucić z siebie te wszystkie toksyny i złość. Potem poczułam straszliwą pustkę, bo jednocześnie czułam, że jestem uzależniona od pewnych osób, zachowań i historii, bez których wydawało mi się, że życie nie ma sensu. Alkohol, narkotyki itd. Na początku filarem byli moi najbliżsi. Mój chłopak – to jest taka fantastyczna postać. Niechętnie mówię o Marku, bo odpycha mnie opowiadanie z emfazą o swoim partnerze, a potem rozstawanie się z nim na łamach gazet, więc nie chcę wpisywać się w poczet tych postaci. Bardzo kocham Marka – to człowiek, który pierwszy pokazał mi, że można mnie kochać za to, że jestem, a nie za konkretne cechy. Zawsze cieszyła go moja obecność i on tak naprawdę jej potrzebował, by czuć się szczęśliwym. Nie musiałam mu niczego udowadniać i odwagę do wszystkich moich odważnych ruchów dała mi jego miłość. Pokazał mi, jak wygląda prawdziwa miłość.

G: Aga, ty mnie strasznie wzruszasz…

A: Taaak?

G: Naprawdę!

A: No, taka prawda z tym Markiem i ze mną. On bardzo ładnie reagował na wszystkie moje szaleństwa, np. nigdy mi nie powiedzial, że mam przestać pić, mimo że widział, że mam z tym problem. Nigdy nie stawiał mi ultimatum: albo przestaniesz z tymi imprezami, albo ja się wyprowadzam. Cierpliwie był obok i to było fantastyczne. Wiedział, że przy moim charakterze osoby, która gdy jest atakowana, reaguje bardzo agresywnie, niczego u mnie w ten sposób nie załatwi. Wiedział, że mu powiem lekko narąbana: „W takim razie idź, jak ci się nie podoba”. Bardzo ładnie na mnie czekał i nauczył mnie takiego czekania na swoje szczęście, na swój moment, na pojednanie się ze sobą. I ponieważ on był obok, wszystko fajnie się działo. W aurze akceptacji, której wcześniej szukałam wszędzie: w mojej rodzinie, u fanów, u kolegów z zespołu. Okazało się, że ja tak naprawdę nie potrzebuję, żeby mi mówił: „Kocham cię, akceptuję”. To wystarczyło, żeby nagle pojawiła się we mnie chęć założenia rodziny. Wiedziałam, że chcę z nim być, że nie chcę tego kręcenia się w kółko. Tym bardziej że wcześniej było małżeństwo, które się rozpadło. Niestety traktuję to jako osobistą porażkę, bo wydaje mi się, że rozpad związku bez względu na motywy jest zawsze porażką i zawsze jest ciężki dla obydwu stron. Więc bardzo zapragnęłam być z Markiem i… pojawiło się dziecko. To był drugi etap. Dziecko nauczyło mnie właśnie cierpliwości, cenienia każdej sekundy codzienności. Teraz czuję, że jestem podłączona do kilku rurek z megamiłością i dzięki temu żyję i stać mnie na odwagę robienia tego, na co mam dzisiaj ochotę, pokazywania się publiczności po pięciu latach właśnie taka. Nawet jeśli zbiorę tylko burze i gromy, to czuję w sobie wewnętrzny spokój, słuszność tej decyzji i prawdę. Jeśli nie dostrzegą tego ci, którzy widzieli mnie przez pryzmat dziar, wrzasku, agresji i przekleństw, to myślę, że oni musieli już odejść, że już nie znaleźli w sobie tej przestrzeni, którą ja w sobie odkryłam. Ale chcę bardzo wyraźnie zaznaczyć, że ja ich nie ganię, nie odrzucam, nie oceniam. Sama wcześniej też pozwalałam sobie na bardzo radykalne i surowe oceny. Na przykład o Edycie Bartosiewicz, ktorą uwielbiam, a która śmiała według mnie nagrać utwór z Krzysztofem Krawczykiem i z tego powodu odsądziłam ją od czci i wiary.

G: Właśnie ocenianie. Polacy są narodem bardzo oceniającym. Ty również oceniasz, zasiadając w jury programu „Mam talent”. Widziałam fragment, gdy na scenę weszła dziewczyna, a wy nie ukrywaliście zniechęcenia. Nagle ona zaśpiewała i okazało się, że śpiewa fantastycznie. Powiedziałaś: „Przepraszam”.

A: Spróbuję się choć troszkę wytłumaczyć z tej sytuacji. Na antenie widzimy tylko te najbardziej fantastyczne kąski, które nie nudzą. Natomiast my siedzimy od rana do późnej nocy i tak naprawdę 90 proc. osób, które przychodzą, to są ludzie, którzy o talencie mogą pomarzyć. Ta dziewczyna trafiła nam się w czasie, kiedy mieliśmy za sobą kolejny fatalny występ i to jeszcze z kimś, kto nam się tłumaczył i próbował udowodnić, że jest świetny. Tacy są chyba najgorsi. Nie próbuję tutaj prosić czy apelować o jakąś tolerancję dla siebie, bo zdarza mi się, że nie jestem wolna od oceniania, że bardzo emocjonalnie i często bardzo niesprawiedliwie reaguję, natomiast myślę, że mamy całe życie na to, żeby nauczyć się nie oceniać innych i nie być powierzchownymi. Znalazłam się w „Mam Talent” nie po to, żeby się dowartościować i decydować o życiu i śmierci medialnej nieznanych mi ludzi. Decydując się na to, by być jurorem, chciałam wszystkim pokazać, że ja chcę oceniać wedle ludzkiej miary. Reżyser programu zasugerował nam (Małgosi Foremniak, Kubie Wojewódzkiemu i Agnieszce Chylińskiej – przyp. red.), żebyśmy byli sobą i oceniali według własnych kryteriów. Bywam bardzo kanciasta w moich ocenach, ale potrafię być też spontaniczna. Jestem pewna, że na moim miejscu 90 proc. ludzi tak samo zareagowałoby na nieco przytytą dziewczynę, po której nie wiadomo, czego się spodziewać. Poza tym wydaje mi się, że nie lubimy u innych tych cech, których nie lubimy u siebie. Może po prostu przypomniałam sobie swój wygląd sprzed lat i kupione w indiashopie patchworkowe ciuchy, w których wyglądałam jak jakieś zjawisko ze świata Mupettów?

G: Czy myślisz, ze udział w „Mam talent” pozwolił ci pokazać, jaka jesteś naprawdę i zerwać ze stereotypem „agresywnej Chylińskiej”?

A: Byłabym bardzo ostrożna w rozpatrywaniu tego, co się dzisiaj ze mną dzieje. Powody, dla których zdecydowałam się na „Mam talent”, są w ogóle przebanalne. Po pierwsze zakochałam się w brytyjskiej edycji tego programu i po raz pierwszy złamałam moją świętą zasadę i zadzwoniłam do mojej menedżerki Joasi i poprosiłam ją, żeby zadzwoniła do TVN i powiedziała, że bardzo bym chciała wziąć udział w tym programie. Ucieszyłam się, że TVN zareagował tak entuzjastycznie. Drugi powód mojego udziału w „Mam talent” był taki, że po tak długim czasie siedzenia w domu i w pieluchach pomyślałam, że fajnie byłoby raz w tygodniu w sobotę oczko podmalować, szpileczkę włożyć i wyjść do ludzi. Nie miałam planu na to, jaka być. Byłam zbyt długo w tym kokonie domowym, aby zdążyć przybrać jakąś pozę. Szukałam tego czarnego T-shirtu, ale już go nie znalazłam, po prostu się zdematerializował, już nie było tamtej dziewczyny. Okazało się, że bycie jurorem to odpowiedzialna rola i na każdym kroku się przekonuję, jak bolesne bywają nasze sądy. Ostatnio nawet jakiś pan zaczepił mnie w centrum handlowym i miał pretensję, że wywaliłam jego serdecznego kolegę, który na grillu jest najbardziej utalentowanym panem grającym na harmonijce. Zdaję sobie sprawę i z tego, że my też jesteśmy oceniani za naszą ocenę i do pewnego momentu bierzemy za to odpowiedzialność. Jeśli mówię dziewczynce, że ma odejść, to jednocześnie mam przeciw sobie jej rodzinę, znajomych i pół miasteczka, w którym mieszka. Na szczęście czuję bardzo pozytywną energię tego programu, jest inny od tego, co było do tej pory. Cieszę się, że nie jesteśmy tacy autorytatywni i nie wymądrzamy się, że zamiast „cis” panienka powinna zaśpiewać „sris”. Nie o to chodzi w tym programie i dlatego cieszy się taką popularnością.

G: W radiu leci piosenka z singla promującego twoją nową płytę. Dla niektórych ta piosenka to absolutny szok, inni zachwycają się „nową Chylińską”, a jeszcze inni twierdzą, że to żart.

A: Tak. Tych ostatnich jest mi najbardziej żal (śmiech). Oni biedni jeszcze się łudzą, że to żart i to jest najsmutniejsze. Piosenka „Nie mogę cię zapomnieć” jest najbardziej radykalną piosenką i postanowiłam wyrzucić ją jako pierwszą „minę”, żeby wszystko wybuchło i posypało się. Natomiast jeśli 23.10 ktoś sięgnie po całą płytę, to zobaczy, że jest na niej jeszcze coś innego. Nie chcę tutaj ugłaskiwać fanów ciężkiego rocka, już dzisiaj mogę powiedzieć, że na nowej płycie nie znajdą rockowej Agnieszki Chylińskiej. Natomiast chcę powiedzieć jedną ważną rzecz. To, że nagrałam taką a nie inną płytę nie jest sygnałem, że od dzisiaj będę nagrywać pop. To jest informacja, że od dziś mogę nagrać wszystko, na co mam ochotę. Czyli mogę teoretycznie zadzwonić do Piotra Nalepy, którego kocham, i nagrać z nim płytę bluesową. Mam prawo, by decydować o tym, kim chcę być. Kiedyś, siedząc z dzieckiem w domu, włączyłam płytę Slipknot (to zespół z bardzo „mocną” muzyką). Facet w piosence drze się, że znalazł diabła i go patroszy, moje dziecko drze się na maksa, więc czuję, że muszę to wyłączyć. Kilka dni później mój syn jest na huśtawce, puszczam Nirvanę, a tam właściwie już nieboszczyk śpiewa i czuję, że to, co słyszę, jakoś mi się nie klei z tym, co się dzieje wokół. Włączam CC Catch i nagle syn się cieszy, ja też jakaś weselsza. Może błyskawicznie zaczęłam się starzeć

G: To nie starość. Wprost przeciwnie – to jest właśnie to, co przydarza się każdej młodej matce. To możliwość przeżycia jeszcze raz dzieciństwa.

A: Tak, i mam dobry pretekst, bo nikt nie powie, że uciekłam z wariatkowa. Jestem przeszczęśliwa, bo nagle zaczęłam sobie przypominać, jaką ja byłam fajną dziewczynką. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie próbuję tego czasu w O.N.A. czy później w Chylińskiej deprecjonować. Chcę przez to powiedzieć, że mi co innego dzisiaj gra w duszy. Jeśli wstaję rano i mój syn ma wielkiego zielonego gila, ale mimo to jest uśmiechnięty, to też jestem szczęśliwa. Puszczamy sobie Modern Talking, szalejemy i przebieramy się w jakieś cudaczne ciuchy. W życiu się tak dobrze nie bawiłam ciuchami czy przebieraniem się. Dla mnie możliwość zrobienia okładki Glamour to ogromna frajda – jak w dzieciństwie. Spełniło się marzenie 12-letniej dziewczynki, która chciała wyglądać jak bohaterka „Dynastii”.

G: A jak w ogóle ta muzyka do ciebie przyszła? Interesowałaś się nią od dzieciństwa?

A: Przyszła do mnie z piętra niżej. Miałam serdeczną przyjaciółkę Anię, która była ode mnie starsza i zabrała mnie do opery na koncert Papa Dance. Już wtedy byłam jakaś taka „dziwna” i gdy ona chciała, żebyśmy poszły po autograf do Stasiaka, kategorycznie odmówiłam i powiedziałam, że kiedyś sama będę rozdawała autografy. A poza tym to się kiedyś spotkamy prywatnie i ja mu wtedy powiem, że kiedyś go kochałam. To się niestety jeszcze nie zdarzyło, a ta część z autografami jak najbardziej. Słuchałam wtedy z Anią Modern Talking, ale jak wracałam do domu, to moje gusta muzyczne spotykały się z ogromną dezaprobatą. Po pierwsze brata, który słuchał wtedy Iron Maiden, Motley Crew, Wasp, i ojca – wielbiciela Jethro Tull, Led Zeppelin, Deep Purple. W moim domu było bardzo dużo muzyki rockowej, słuchało się „Trójki” i Kaczkowskiego. Oczywiście kochałam się w Jacksonie i nie mogłam przeżyć, kiedy całował się z jakąś laską w teledysku „The Way You Make Me Feel”. Zryczałam się jak głupia. Później zaczęłam się interesować muzyką mojego brata. Bo ja w ogóle bardzo kocham brata i zawsze mi imponował. Chciałam wyglądać jak on, mówić jak on, słuchać takiej muzyki jak on, więc siłą rzeczy zaczęłam sięgać po jego płyty. Kiedy poczułam jego aprobatę, pozrywałam plakaty Jacksona, odrzuciłam wszystko na rzecz długich włosów i ciężkiej muzyki.

G: Wiedziałaś, że będziesz zajmowała się muzyką?

A: To przyszło nagle. Doskonale wiedziałam, że nie chcę kończyć szkoły, którą wymyślili moi rodzice. Miałam pójść na filologię romańską, i od samego początku wysyłali mnie na kursy francuskiego, potem była szkoła z francuskim. Więc już byłam przygotowywana do mojej roli pani tłumacz w Paryżu. I nagle ogłoszono konkurs piosenki francuskiej w naszym liceum. Razem z Łukaszem, kolegą z klasy, który grał na gitarze, przygotowaliśmy piosenkę. Zajęłam 3. miejsce, ale tak mi się to spodobało, że już mi się nie chciało do tej szkoły chodzić, ale ciągle nie miałam dobrego argumentu, by powiedzieć rodzicom, że chcę z Łukaszem plumkać na próbach. Dopiero kiedy do domu przyszedł Grzesiu Skawiński i powiedział, że mam talent i chciałby, żebym podpisała kontrakt z firmą Sony, moi rodzice, rozłożyli ręce i powiedzieli: OK.

G: Mój syn Maciek przyszedł do mnie, jak miał 6 lat i powiedział, żebym kupiła mu pianino.

A: Nie, to myśmy czegoś takiego nie mieli. Chciałam malować, pisać książki przede wszystkim. Niestety, nie mam do tego cierpliwości. A wracając do muzyki, to powiem może coś niezbyt popularnego: według mnie muzykę rockową powinny robić dziewczyny, które nie rodziły, które są bez zobowiązań, które są bardzo młode. Wtedy jest ten naturalny, organiczny bunt, wtedy masz ten wyraz twarzy wkurwiony na życie, na wszystkich i wtedy jesteś w tym autentyczna. Dla mnie takie postacie jak Ozzy Osbourne nie są autentyczne, bo do końca życia muszą kłapać, żeby zarobić na dwójkę chimerycznych dzieci i żonę. Myślę, że pojawia się wiele fajnych głosów, które są niedoceniane albo niezauważone. Moim marzeniem jest wspierać młode dziewczyny śpiewające rocka. Tutaj widzę swoją rolę i być może pomysł na resztę życia. Nie wiem, co się jeszcze wydarzy w moim życiu, ale jestem pewna, nie chcę wracać do O.N.A., do 18-letniej Chylińskiej. Tej dziewczyny już nie ma.

Grażyna Olbrych