Machina 44/2009

Wywiad opublikowany w Machinie nr 44/2009


Wstępniak do numeru Piotra Metza

Pierwszy był Bob Dylan, kiedy na folkowym festiwalu, w istnej krainie łagodności walnął w gitarę elektryczną, a później na zarejestrowanym dla potomnych koncercie warknął do grającego z nim Robbiego Robertsona „play fuckin’ loud”. Jeden z widzów wrzasnął w odpowiedzi „Judasz!”. Potem Beatlesi zmieniający wizerunek i muzyk ę. Nastoletni uczestnicy jednego z amerykańskich programów telewizyjnych nie kryli szoku i zgorszenia. Oni już nie są nasi, tylko jacyś dziwni i obcy. Krzykacz Niemen szargający klasykę polskiej poezji. Cat Stevens przechodzący na islam. Kayah z Bregovicem. Marcus Miller na płycie Budki Suflera. Sting nagrywający staroangielskie kolędy. Teraz Chylińska. Precz z rasizmem.

NIGDY NIE SŁUCHAM W OBECNOŚCI ARTYSTÓW ICH NOWYCH NAGRAŃ. AGNIESZKA MNIE DO TEGO ZMUSIŁA
I TO W KOLEJNOŚCI PRZEZ NIĄ USTALONEJ. SŁUCHAJĄC, NIE PALIŁEM I NIE TRZYMAŁEM NÓG NA STOLE

Machina_Okladka-11_2009POD LUPĄ
Jestem monitorowana od czasu, kiedy skończyłam 18 lat i to moje przekleństwo. Dla niektórych jest szokiem, że idol się zmienia, że jestem dzisiaj inna, niż kiedy zaczynałam. A ponieważ uprawiałam radykalny rodzaj muzyki, wygenerowałam radykalną publiczność, która nienawidzi zmian i ma postawę roszczeniowo-restrykcyjną. Wpadłam we własną pułapkę. Dedykowałam muzykę ludziom takim jak ja. Jak się czułam brzydka, zakompleksiona, miałam problemy z rodzicami, z mężczyznami, wołałam do ludzi, którzy w tych tekstach odnajdywali siebie. I część z nich krzyczy dziś na mnie, widocznie nie przeszli swojej przemiany, chcą, żebym dozgonnie była taka sama. I to jest bolesne, ale ja się nie obrażam na tych ludzi, nie ganię ich. Rozumiem to, kiedyś myślałam tak samo. Pamiętam, jak się oburzyłam, kiedy Edyta Bartosiewicz zaśpiewała z Krawczykiem! Albo jak się załamałam, kiedy mój ukochany Tomek Lipnicki z Illusion wydał „Lipali”. Ja go uwielbiałam za „Ten facet bierze nóż”, a on nagle nagrywa coś innego. Dzisiaj dostaję w dupę za to, że sama byłam piewcą takich postaw, oczekiwałam od idola niezmienności.
ŻE SIĘ SPRZEDAŁAM
Kiedy śpiewałam jeszcze w amatorskim zespole i przeskoczyłam do Grześka Skawińskiego do O.N.A., moje ówczesne towarzystwo powiedziało: „Kurwa, sprzedałaś się. Masz w Starogardzie Gdańskim dalej dla nas grać, dla pięciu osób”. A ja chciałam robić muzykę profesjonalnie, rzucić szkołę, postawić wszystko na jedną kartę. I tak się stało. Potem, kiedy O.N.A. się rozpadło, znowu usłyszałam, że się sprzedałam, bo to przecież taki fantastyczny zespół, a ja śmiem coś robić sama, siebie solo chcę promować. I teraz jest to samo. Nagrałam popową płytę z Planem B, a więc jasne, mega się sprzedałam.O.N.A.
To nie była ściema, naprawdę byłam nieszczęśliwa, zbuntowana, zakompleksiona, miałam problemy z sobą. Zrezygnowałam ze szkoły, miałam przeciwko sobie rodziców, serce przekrojone na pół. Realizowałam się artystycznie, ale oni tego nie akceptowali. Dopiero jak byłam na liście przebojów, moja matka powiedziała: „Fajnie”. Nie byłam przygotowana na sukces. Nie miałam specjalisty od wizerunku. Przyszłam do firmy MJM w koszuli brata, z niewydepilowaną brwią, krzywym zgryzem, zgarbiona i się patrzyłam. Miałam poczucie, że jestem brzydactwem i chciałam do mikrofonu, żeby powiedzieć: ja tu jestem w konkretnej sprawie! Męczyło mnie poczucie winy, że nie spełniam ambicji rodziców i jeszcze ten mój starszy brat… Klasyczny przykład, zdzierał mi Jacksona ze ścian i kazał słuchać Iron Maiden. Więc darłam te plakaty, słuchaliśmy tej Metalliki, brat mi mówił, co dobre, a co złe. Kiedy przeszłam do O.N.A., powiedział: „Ale obciach. Z tymi z Kombi”. Chciałam mu udowodnić, że z tymi chłopakami możemy być najbardziej ekstremalnym zespołem rockowym w kraju. I kiedy nagraliśmy „Mrok”, spójny materiał w gotycko-metalowym stylu, mój brat powiedział wreszcie: „Zajebiście”.ŚCIEMA
To, co się stało z O.N.A było spełnieniem marzeń, potrafiliśmy sprzedać 250 tys. płyt w jeden dzień. Ale pojawiła się też presja. Graliśmy koncerty, czasem nawet trzy dziennie. Zespół rockowy, a odstawiał klezmerkę. Kiedy nakłaniałam kolegów: „Grajmy mniej, ale w rozsądnych miejscach, w rockowych klubach”, słyszałam „Nie. Dzwoni pani z domu kultury, gramy w domu kultury”. A potem do mnie prośba, żebym nie przeklinała, bo jesteśmy na dożynkach w Żorach i ma być kulturalnie. Poza tym mieliśmy z chłopakami klasyczny konflikt indywidualności, ambicjonalny. Grzesiek pozwolił mi wyjść naprzód, sam się schował, zajął komponowaniem, graniem na gitarze, dużo go to kosztowało. Ja wierzyłam w O.N.A. Poświęciłam temu zespołowi serce, wątrobę, wszystko. Nie chcę wierzyć, że to była dla nich tylko chłodna kalkulacja. We mnie coś umrze, jak dopuszczę do siebie myśl, że to było osiem lat koniunkturalizmu. Ja tego nie chcę wiedzieć. Natomiast ten przeskok później do KOMBII, który nastąpił zaraz po O.N.A., to był dla mnie cios i różne epitety przychodziły mi do głowy. Byłam wkurwiona. Ale Grzegorz pewnie się nie spełnił w O.N.A. Zrobił zajebistą robotę, ale to jest moje prywatne zdanie.

CHYLIŃSKA
Kiedy Grzesiek reaktywował KOMBII, poczułam, że mam misję do spełnienia. Wstydziłam się za byłych kolegów. Jak ktoś mnie pytał: „Widziałaś nowy teledysk KOMBII, słyszałaś, co się tam dzieje?”, to chciałam umrzeć. Nagrałam płytę „Winna” i to jest dobry album, ale powstał ze złej energii. Chylińska przeklinała, darła mordę, była wkurwiona. „Winna” nie została zrozumiana, nie odniosła sukcesu komercyjnego. Pewnie również dlatego, że fani O.N.A. nie zaakceptują żadnej innej propozycji artystycznej Chylińskiej i Skawińskiego. I ja to rozumiem, sama mam focha na Thomasa Andersa z Modern Talking, że z Dieterem nie są razem. Poza tym ja wtedy wyrzygałam coś z siebie i patrzyłam, co się wydarzy. Zaprosi- łam do projektu dwóch muzyków z O.N.A., też wkurwionych na kolegów i na takim ogólnym wkurwie zrobiliśmy Chylińską. Nie wyszło. I wtedy zrozumiałam, że po 12 latach życia koncertami, wywiadami, teledyskami mam prawo do odpoczynku. Poczułam, że za bardzo się odkryłam. A potem się okaza- ło, że jestem w ciąży.

DZIECKO
Zmieniło wszystko. Przestałam być gwiazdą rocka, zaczęłam być zwykłą babą, która chodzi po seler i ogórki. Pojawiła się proza życia, kokon, w którym zamknęłam się na cztery lata. I wyszłam z niego taka, jaka dzisiaj jestem. Dla ludzi, którzy nie znają historii mojego życia i widzą tylko, że jest „Winna”, a potem „Modern Rocking”, to musi być szok. Jak Rysiek był mniejszy, bardzo chciałam do siebie „dawnej” wrócić. Zakładam dżinsy, włączam Slipknota, bachor niech słucha, leci ten Slipknot, bachor się drze, a ja czuję, że te niebieskie ciuchy, ten króliczek, ten pokoik dla dziecka, to wszystko trochę nie na miejscu. Może Nirvanę sobie puszczę? A tam samobójca śpiewa, że chce się zajebać. Też nie pasuje. C. C. Catch puszczam i jest fajnie, dziecko się huśta, a ja też lepiej zaczynam dzień. Więc zaczęłam czego innego w muzyce szukać. Jak masz z dzieciakiem nieprzespaną noc, oczy na zapałki, ten się drze, a ty nie wiesz, o co chodzi, to jak walniesz sobie Downa albo Pantherę, jest tylko gorzej. Ale kiedy puściłam Georga Michaela, Jacksona, wróciłam do starej Madonny, to nagle zrozumiałam, że w tym jest coś fajnego. Dziecko załatwiło jeszcze jedną rzecz, z którą miałam problem przez ostatnie 15 lat. Wreszcie zaakceptowałam, że jestem dupą, laską, że mam cyc, biodra, że się mogę podobać facetom. A ja się zawsze kryłam, wstydziłam, chciałam być jak mój brat.

ROCKANDROLLOWA LASKA
Czy ja będę teraz robić pop? Nie, ja teraz będę robić, co będę chciała. Np. zadzwonię do Piotra Nalepy i powiem: stary, robimy płytę bluesową, zadzwonię do Jarka Śmietany i powiem: gościu, zróbmy jazz. Chciałam wyrwać sobie prawo do decydowania o tym, jaki rodzaj muzyki mam uprawiać. I jeśli ktoś mówi o skoku na kasę czy o komercyjnym podejściu, to nie ma racji. Byłabym wyrachowana i cyniczna, gdybym założyła na siebie strój O.N.A. i chociaż nie gadam z chłopakami od siedmiu lat, wykonała lakoniczny telefon na zasadzie: to co, reaktywujemy? Rockandrolla powinny uprawiać młode, zbuntowane dziewczyny bez zobowiązań, które mogą się zatracić, zaszaleć, pozwolić na nieostrożność i nieodpowiedzialność. Ja mam 33 lata, rodzinę, dziecko i pewnie kolejne w planach. Kiedy skończę ten wywiad, będę musiała zrobić obiad, odebrać Ryśka z przedszkola. Rock and roll jest dla zatraceńców.

MIŁOŚĆ FANÓW
Nie chcę tą płytą niczego udowadniać, zrobiłam ją dla siebie. Kiedy widzieliśmy się ostatni raz, tak skończyłeś rozmowę: „Oby było śmiesznie!”. Tego mi zabrakło w ostatnich latach w O.N.A. Zapętliłam się w wizerunku. Chciałam być bardziej rockowa od prawdziwych rockowców. Zakochałam się w miłości fanów. I zobacz, jaka delikatna jest ta miłość, jaka krucha, po trzech minutach utworu z „kocham cię” przeszliśmy do „nienawidzę cię”. To boli. Ale to jest miłość fana, mam dużo serca dla niej. Gdybym sama nie była fanką, nie rozumiałabym, że ktoś dziarga sobie te same dziary, co ty, piłuje przerwę między zębami i potem jest wkurwiony, bo wsadzasz aparat i robisz te zęby. Ale ja to biorę na klatę, nie mogę mieć pretensji, mówić: kochajcie mnie taką! Nigdy nie kokietowałam publiczności, nie robiłam researchu: co ludzie chcieliby usłyszeć? Dlatego było tyle niewypałów. Ale przynajmniej nie mam sobie do zarzucenia chłodnej kalkulacji.

VA BANQUE
Polska publiczność jest bardzo oceniająca. Mamy tendencję do radykalnego stawiania spraw: albo ściema, albo kultowe. Często ofiarą tego typu akcji padają artyści, którzy nie dają się zaszufladkować. Mam jednak nadzieję, że istnieją gdzieś tam w naszym gburskim kosmosie ludzie, tacy jak ja dzisiaj. Jestem dorosłą kobietą po przejściach, Martensy wciąż mam w szafie. Do muzyki, którą tworzę, podchodzę z większym luzem, spokojem. Więcej w tym radości niż dbania o ideologię. Pokładam nadzieję w ludziach, którzy mają w sobie tyle fajnej przestrzeni, że pozwalają artyście na wolność. Już słyszę głosy typu: „Wolałem ją w innej konwencji, ale OK, jeśli miała ochotę to zrobić, spoko, grunt że się dobrze bawi”. Jestem wrogiem oportunizmu, koniunkturalizmu, wyczuwam to przez ścianę. Ta płyta to ryzykowny ruch, zagranie va banque: albo ludzie uwierzą, że to, co jest na tej płycie, jest dzisiejszą prawdą o mnie jako artystce, albo będzie klapa. Nie ma tu starej Chylińskiej, jest klubowo, spełniam marzenia z dzieciństwa. Może się starzeję? Od kiedy mam syna, włączył mi się sentyment do czasów, kiedy miałam kilka, kilkanaście lat. Zaczęłam się zastanawiać, czego wtedy słuchałam? Modern Talking, Sandry, C. C. Catch, Michaela Jacksona przede wszystkim.

PLAN B
Jadę sobie któregoś razu i myślę: z kim chciałabym pracować? Co bym teraz chciała nagrać? To trudne pytania dla kogoś, kto przez długi czas miał wszystko załatwione przez starszych kolegów. I nagle słyszę koncert zespołu Sistars, lato było, czerwiec. Dziewczyny mówią: „A teraz Jamesa Browna zaśpiewa Bartek Królik”. I słyszę chłopaka, która gra na basie i śpiewa jak młody Bóg. Mówię: ja pierdolę, jaki gość! Zatrzymałam się tym autem, dosłuchałam koncertu do końca i wtedy mi się zapaliło, czego bym chciała. Żeby ten chłopak poplumkał na basie na mojej płycie. Jestem szczęściarą, jeśli chodzi o ludzi. Jakiś czas temu robimy „MTV Rockuje”, a dziewczyna, która mnie ubiera, jest dziewczyną Bartka. Przedstawia mi go, a ja z mordą rozdartą: „Słuchaj, ja się w tobie kocham, uwielbiam cię, czy ty mógłbyś choć sekundę zagrać na mojej płycie?” A on na to: „Zrobimy ci płytę! Jaką chcesz!”. Kiedy poznałam ich podejście do muzyki, ten luz, który oni mają, to się okazało, że to jest coś, co zawsze chciałam przeżyć. Obcowanie z muzykami z mojego pokolenia, porozumienie bez słów, wspólne wspomnienia z dzieciństwa, podobne historie, biografie i ta świeżość, ciągły zachwyt, brawura w tworzeniu muzyki, o której już wiemy, że narobi sporo zamieszania.

ŻYCIE
Osiem lat w O.N.A, mimo ogromnych sukcesów i złotych płyt na ścianach, było dla mnie traumatycznym przeżyciem. Nie byłam na to wszystko gotowa. Młodziutka, naiwna, niewinna. Taka przyszłam do zespołu. Rock androll to nie tylko muzyka. To też wiele innych „atrakcji”. Weszłam w to bez zawahania. Dziś cieszę się, że ocalałam, potrafiłam zawrócić. Kiedy patrzę na twórczość Janis Joplin, to sobie myślę, że dziewczyna robiła fajną muzykę, ale co stało się z jej życiem? Zaćpała się, jak tylu innych. Ja mam szacunek do siebie i mojego życia. Teraz ważniejsze jest dla mnie to, bym była szczęśliwa jako człowiek. Wybieram szczęście osobiste, nawet kosztem tego, że być może moje kolejne artystyczne wybory doprowadzą mnie do śmierci medialnej. Wybieram to, co dzisiaj gra mi w duszy. Ta płyta to krok w stronę mojej wolności.

Piotr Metz