Pani 09/2013

Zapraszamy do lektury wywiadu Agnieszki opublikowanym w najnowszym, wrześniowym wydaniu magazynu Pani.

Rozmawiała Iza Komendołowicz
Zdjęcia Marek Straszewski

Teraz rządzę w domu

Okladka_Pani 2013Kiedyś w dzienniku zapisała: “Panie Boże, bardzo Cię proszę, żebym przed maturą została słynną piosenkarką, bo nie chcę zdawać matury”. Prośba została wysłuchana, wkrótce Agnieszkę Chylińską znała cała Polska. Żyła szybko, mocno, czasem zbyt ostro. Kilka lat temu radykalnie zmieniła wszystko. I z tego jest dziś bardzo dumna.

Lubisz swoje odbicie w lustrze?

Agnieszka Chylińska:

– Dziś od trzeciej nad ranem jestem na nogach, więc widok w lustrze nie był najlepszy. Zresztą na co dzień nie mam czasu, żeby się sobie przyglądać. Ale kiedy przed koncertem czy nagraniem “Mam talent” uczeszą mnie i pomalują, to myślę sobie: “Jest nieźle”. Mam 37 lat i lubię ładnie wyglądać.

Swoją metamorfozą zaskoczyłaś wszystkich. “To naprawdę Chylińska?”, pytano. Kiedy występowałaś w O.N.A., nie zależało ci, żeby się podobać?

– Wydaje mi się, że każdemu zależy. Nie wierzę, gdy dziewczyna mówi, że nie chciałaby być piękna i zgrabna. Ale czasem nie ma się motywacji, żeby coś z sobą zrobić, i wtedy łatwiej przyjąć pozę “mam to gdzieś”. Był czas, kiedy ważyłam ponad 70 kg, miałam krzywe zęby. Na dyskotekach w szkole podpierałam ściany. Brakowało mi potwierdzenia mojej kobiecości. Bo nawet jeśli jesteś gruba, ale twój chłopak mówi, że kocha “swojego pączuszka”, to wtedy siebie akceptujesz. Chłopaki z zespołu przy wódce wznosili toasty: “Zdrowie pięknych dziewczyn i twoje, Agnieszka!”. To mnie bolało, ale oczywiście krzyczałam: “Zdrowie!”.

Im bardziej się cierpi, tym głośniej się temu zaprzecza.

– Ale dzięki temu nagrałam parę fajnych płyt. Kiedy cierpiałam, nieźle mi szło pisanie tekstów.

Kim jest dzisiaj Agnieszka Chylińska?

– Przede wszystkim żoną i mamą. Zanim wzięliśmy z Markiem ślub, byliśmy z sobą parę lat, więc to nie była fanaberia. Pragnęłam tego ślubu i bardzo bym chciała, żeby nam się udało.

Jesteś trudną partnerką?

– Bardzo, jestem wymagająca. Przede wszystkim chcę miłości i jestem gotowa zrobić wiele, żeby w domu był spokój i brak presji. Nie wiem, co przyniesie życie, ale codziennie trzeba się starać, zawierać kompromisy, co dla mnie bywa trudne, ponieważ zawsze byłam osobą bezkompromisową. Szczerze mówiąc – rozwydrzoną egoistką.

Kiedyś dla ciebie liczyła się wyłącznie muzyka.

– Muzyka jest cały czas. Wszystko, co ważne, wiąże się właśnie z nią. Natomiast kiedyś moje życie ograniczało się tylko do pracy – próby, koncerty, nagrania. Nikt i nic się nie liczyło. Z tego powodu ucierpiał też mój poprzedni związek. Teraz mam inaczej poukładane priorytety.

foto Marek Straszewski Pani 9/2013Napisałaś książkę dla dzieci “Zezia i Giler”, która sprzedała się w ponad 100 tysiącach egzemplarzy.

– Zupełnie się tego nie spodziewałam. Pisałam tę książkę dla swoich dzieci, nawet przez myśl mi nie przeszło, że ktoś będzie chciał ją wydać. Owszem, dostawałam propozycje napisania autobiografii czy wywiadu rzeki, ale, szczerze mówiąc, byłam tym trochę zażenowana. Ja i biografia? Przecież nie mam stu lat. I kiedy po raz kolejny odezwało się wydawnictwo, na odczepnego powiedziałam, że mam książkę dla dzieci. Redaktor naczelna wydawnictwa podeszła do tego z wielką uwagą i bardzo zaangażowała się we współpracę. Druga część “Zezi…” ukaże się jesienią.

Znowu wszystkich zaskoczyłaś. Chylińska pisarką…

– Od dziecka chciałam nią być. W podstawówce miałam przyjaciółkę, z którą codziennie zadawałyśmy sobie nawzajem tematy opowiadań do napisania. Od 12. roku życia piszę dziennik. Teraz też, ale wczoraj starczyło mi sił tylko na to, żeby wpisać datę. Kiedy ma się własne dzieci, pojawia się tęsknota, żeby przeżyć to jeszcze raz, żeby znów być dzieckiem. Tak szybko mija ten czas, gdy wierzy się w Świętego Mikołaja.

Miałaś szczęśliwe dzieciństwo?

– Fantastyczne. Byłam grzeczną dziewczynką, czytałam książki, siedziałam w domu, w niedzielę szłam do kościoła. Miałam poukładane życie, za co jestem rodzicom wdzięczna, bo te sztywne zasady później nieraz uratowały mi dupę. W krytycznych momentach odzywał się głos, że dalej pójść nie można. Nawet kiedy piłam, to wszystko miałam dokładnie wyliczone: ile czasu potrzeba, żebym wytrzeźwiała, ile – żebym dotarła na próbę. Moja mama jest nauczycielką, bardzo konkretna osoba, raczej niechwaląca. Wspólną cechą moich rodziców jest tzw. akuratność. U nas w domu było po żołniersku. Jeśli na przykład planowaliśmy wycieczkę, to choćby się waliło i paliło, zwiedzaliśmy wszystko, co wcześniej zostało ustalone. Punkt po punkcie. Która teraz jest godzina? Wpół do dwunastej. Mogę dokładnie powiedzieć, co robi mój ojciec. Jest na spacerze, idzie tą samą co zawsze uliczką w Sopocie, do tego samego kiosku, w którym kupuje gazety od 30 lat.

Też jesteś taka poukładana?

– Tak, pewnie dlatego zawsze szukałam facetów, którzy byliby moim przeciwieństwem. Mój mąż to totalna anarchia, luz. Wiadomo, czasem szlag mnie trafia, bo w domu to ja muszę być złym policjantem. Ale dobrze radzę sobie z logistyką, dlatego mogę mieć dużo dzieci (śmiech). Dzięki temu teraz możemy spokojnie pogadać, bo Krysia jest nakarmiona, na spacerze. Przy trzecim dziecku trochę odpuściłam i znalazłam panią, która czasem mi pomaga. Wcześniej nie było takiej opcji – wszystko musiałam zrobić sama, uważałam, że nikt nie poradzi sobie tak dobrze jak ja. To kolejna rodzinna cecha – obsesja kontroli. Kiedy byłam w podstawówce, nie mogłam oddalać się z mojego podwórka. Przez wiele lat byłam córeczką swoich rodziców, czekałam na ich opinie, jak zareagują, co powiedzą, czy pochwalą. Któregoś dnia nagrałam na kasetę próbę mojego pierwszego zespołu i dałam ojcu do posłuchania. Zapytałam: “Tato, co o tym sądzisz?”, a on: “Zespół, nie ma co ukrywać, słaby, ale tobie idzie świetnie”. Dopóki śpiewałam z doskoku, jakoś to znosił, ale nie mógł się pogodzić z tym, że rzuciłam szkołę. Tym bardziej że ja do pewnego momentu byłam taka ścichapęk. Mój starszy brat pierwszy się zbuntował i rodzice liczyli na to, że ja będę tym grzeczniejszym dzieckiem.

Trudno się dziwić, że się martwili. Masz 18 lat i rzucasz szkołę.

– Ja też się nie dziwię, bo który rodzic powie: “Dobra, nie ucz się”? W naszym domu był nacisk, żebyśmy z bratem studiowali, on miał być prawnikiem, ja filologiem, nic z tych życzeń nie wyszło, ale oboje sobie poradziliśmy. Brat mieszka za granicą, ma własną firmę, gra też w zespole metalowym. To także dowód na to, że z prawdziwej pasji się nie rezygnuje. Dzisiaj rodzice są z nas dumni, ale swoje przeszli i ja razem z nimi, bo przykro mi było słyszeć, że z mojego śpiewania nic nie będzie. Ojciec był dziennikarzem muzycznym, jeździł na koncerty, więc wiedział, że może być różnie: alkohol, narkotyki.

Kiedy postanowiłaś, że będziesz śpiewać?

foto Marek Straszewski Pani 9/2013– Zawsze śpiewałam, brałam szczotkę do włosów i udawałam, że to mikrofon. Nigdy nie uczyłam się śpiewu, w moim domu nie było takich tradycji, ale ojciec słuchał dużo muzyki, brat też, potem zaczął grać na perkusji. Strasznie mu zazdrościłam, że znalazł sobie fajne towarzystwo, wychodzi na próby. Bałam się, że moje życie będzie nudne, w liceum szukałam pretekstów, żeby się nie uczyć. W trzeciej klasie – ku mojemu zaskoczeniu, bo nigdzie ze swoim śpiewaniem, poza wydurnianiem się na przerwach, się nie wychylałam – zostałam zgłoszona do festiwalu piosenki francuskiej. Sztywna impreza jak nie powiem co, ale to był punkt zwrotny. Wychowawczyni dała mi oficjalny glejt na wagarowanie, tzn. mogłam nie chodzić na lekcje, bo przygotowywałam się do ważnego festiwalu, na którym reprezentowałam szkołę. Byłam przeszczęśliwa, na dodatek zakochałam się w chłopaku, z którym miałam wystąpić. Godzinami siedzieliśmy w auli, paliliśmy papierosy, piliśmy wódkę, on grał na gitarze. Piękne chwile, niewinne, zaczytywałam się wtedy w biografiach Jima Morrisona, Jimiego Hendriksa, Janis Joplin.

– Bardzo imponowało mi to towarzystwo zatraceńców. Wydawało mi się, że też nie będę długo żyła i dołączę do “klubu 27” (określenie grupy muzyków, którzy z różnych przyczyn zmarli w wieku 27 lat – przyp. red.). Na festiwalu zajęliśmy trzecie miejsce i wychowawczyni nie usprawiedliwiła mi tych nieobecności. Byłam załamana i nagle zadzwonił do mnie chłopak z Second Face, zespołu ze Starogardu Gdańskiego. Spotkaliśmy się w Sopocie i od razu powiedzieli mi, że chcą ze mną pracować. Obiecali, że będą mi dokładać do biletów – nie miałam kasy, a bilet kosztował 2,50. Rodzice nie chcieli słyszeć o śpiewaniu i nie dawali mi pieniędzy. Ale mnie nie dało się już powstrzymać. Zapisałam nawet w swoich zeszytach: “Panie Boże, bardzo Cię proszę, żebym została słynną piosenkarką przed maturą, bo nie chcę jej zdawać”.

Modlitwa została wysłuchana. Wkrótce usłyszała cię cała Polska.

– Podczas jednego z koncertów zobaczył mnie Zbyszek Kraszewski, perkusista Skawalker, i zaprosił na próbę. To było 5 grudnia 1994 r., mój pierwszy dzień z O.N.A. Wchodzę, mam na sobie czarny sweter, glany, widzę wspaniały sprzęt, taki, o jakim mogłam tylko marzyć. Bardzo się boję. Grzesiek Skawiński pyta, od czego zaczynamy, proponuję, że od bluesa. Na tej pierwszej próbie powstał utwór “Drzwi”. Patrzyłam na nich, widziałam, że im się podobało, ale nic nie mówili. Po latach wiem, że byli w szoku, śpiewanie bluesa to nie jest prosta sprawa, jednak mocno się kłócili, czy mnie przyjąć. Bali się, że jestem gówniarą, że się pogubię. Pod koniec roku miałam już regularne próby, a w styczniu zapadła decyzja o nagrywaniu pierwszej płyty. Pół roku później wystąpiliśmy na festiwalu w Opolu. I tak ruszyło. Płyta za płytą. Bez wytchnienia. Fajnie, że nie musiałam śpiewać po garażach, ale kiedy odchodziłam z zespołu, miałam 26 lat i czułam się jak stara baba. Od tamtej chwili upłynęło 11 lat i codziennie dziękuję Bogu, że się tak skończyło. W przeciwnym razie już by mnie na tym świecie nie było. Nie wytrzymałabym tempa.

 

foto Marek Straszewski Pani 9/2013Płyty O.N.A. sprzedawały się w gigantycznych nakładach. Dziś już takich nie ma i pewnie nie będzie.

– Dwieście tysięcy w dniu premiery, wtedy za 100 tysięcy dostawało się Złotą Płytę. Zdobyliśmy wszystkie możliwe nagrody, graliśmy po 260 koncertów rocznie. Kiedy przyjeżdżałam do rodziców, bo jeszcze u nich pomieszkiwałam, rzucałam plecak i biegłam na próby. W tamtym okresie byłam zupełnie odcięta od życia rodzinnego. Wracałam o trzeciej w nocy, spałam do czternastej.

Sukces uderza do głowy.

– Tylko że ja nie do końca miałam świadomość sukcesu. Stworzono wokół mnie dosyć szczelny klosz, nie bardzo mogłam się kumplować z ludźmi z innych zespołów, ciągle słyszałam, że wszyscy wokół są do dupy. Po każdej nagrodzie powtarzano mi, że ten sukces nie jest dzięki mnie, więc żyłam w przeświadczeniu, że niewiele potrafię. Kiedy zjawiłam się w zespole, miałam 18 lat, od początku przydzielono mi rolę dziewczynki, która nic nie umie i musi się wiele nauczyć. Jestem przekonana, że gdybym była naprawdę taka beznadziejna, to nie zagrzałabym w zespole nawet pięciu minut. Najważniejsze, że O.N.A. zapisało się w historii polskiej muzyki.

Zarabiałaś duże pieniądze?

– To inny temat. Pamiętam, że “Kiedy powiem sobie dość” leciało w każdej stacji, w tym samym czasie Spice Girls miało taki przebój “Wannabe” i każda z dziewczyn zarobiła dzięki niemu 37 mln funtów, a ja dostałam 3000 złotych. Ale to nie miało dla mnie znaczenia . Cieszyłam się, że jest na flaszkę, że mogę postawić kolegom obiad. O.N.A. to miłość mojego życia i przy całym szacunku dla wszystkiego innego, co w życiu zrobiłam i co jeszcze zrobię, to temu zespołowi oddałam młodość, energię i zdrowie. Żałuję tylko, że wtedy nie potrafiliśmy się cieszyć z sukcesów. Nadal mam tendencję do użalania się nad sobą, ciągle uczę się radości z prostych rzeczy – że dzisiaj jest fajny dzień, że dzieci są zdrowe, że ktoś powiedział dobre słowo.

Przeczytałam kilka wywiadów z tobą z okresu O.N.A., w których byłaś szczera do bólu. Opowiadałaś o alkoholu, narkotykach, seksie.

– Bardzo chciałam skupiać na sobie uwagę, uwielbiałam udzielać wywiadów, gadać, prowokować, a jeszcze bardziej uwielbiałam reakcje po: komentarze, afery. Najwięcej wycierpiała moja matka. Po moim słynnym wystąpieniu na Fryderykach, podczas którego “pozdrowiłam” swoich dawnych nauczycieli, miała w szkole przerąbane. Nie wśród uczniów, bo oni zawsze ją lubili i szanowali, tylko u innych nauczycieli. Powiedziała mi o tym dopiero po latach. Dzisiaj wreszcie ma spokój, ojciec też odpuścił wielogodzinne przemowy i zaczął mnie słuchać.

Od sześciu lat jesteś jurorem w “Mam talent”. Przychodzą młodzi ludzie, którzy marzą o karierze. Co im mówisz?

– Zawsze to samo: “Uważajcie na wujków ‘dobra rada’ “.

Można się przed nimi uchronić?

– Myślę, że na pewnym etapie nie, dlatego gdy sama jestem matką, trudno mi się z tym pogodzić. Mam troje dzieci, teraz są pod moimi skrzydełkami, ale już o nie drżę. Przecież moi rodzice byli bardzo kontrolujący, mama zrezygnowała z pracy po moim urodzeniu i wróciła do niej, dopiero gdy miałam 15 lat, a i tak mnie nie ochronili przed złem.

Co ci dał ten program?

– “Mam talent” trafił się w takim okresie mojego życia, kiedy zaczęłam szukać prawdy o sobie. Po latach ciężkiej pracy, ogromnej presji, też autopresji, pewnego trybu życia, o którym ładnie mówi się “rockandrollowe”, zapragnęłam mieć wreszcie święty spokój. Rozwiązałam mój zespół Chylińska, który założyłam po odejściu z O.N.A.

Dlaczego?

– Okazało się, że dawni fani nie chcą mnie innej niż z O.N.A. To było trochę tak jak z transferem dobrego piłkarza do innego klubu. Jesteś zdrajcą, jeśli grasz gdzie indziej, my cię nienawidzimy, będziemy gwizdać na twoich koncertach. Szok i bardzo bolesne doświadczenie, które zmusiło mnie do odpowiedzenia sobie na pytania: Dla kogo żyję? Czy dla tego klaskania? Czy jestem szczęśliwa? Co to w ogóle jest szczęście? Rozejrzałam się wokół i zobaczyłam gruzy. Dotarło do mnie, jak bardzo myślenie na swój temat było kruche. Doszłam do takiego zadufania i krnąbrności, że wydawało mi się, że wszystko będzie się kręcić wokół mnie, że zostanę na scenie do końca życia, najlepsza w tym kraju, i że fani zawsze będą mi bić brawka.

– Kiedy syn miał dwa i pół roku, siedziałam z nim w domu i pewnego dnia zobaczyłam w telewizji, że będzie polska edycja “Mam talent”. Byłam wtedy świeżo po napisaniu artykułu do “Machiny”, gdzie śmiałam się z tych wszystkich talent show, a tu niespodziewanie spodobały mi się radość, łzy, wzruszenia, prawdziwi ludzie. Wszyscy mi odradzali udział w tym programie, ale ja się uparłam. Dostałam szansę i wykorzystałam ją w stu procentach. Mam taką teorię, że moje dzieci pojawiły się po coś, że są potrzebne w mojej historii.

0002GW6E2CKVOT3W-C0-F3Chciałaś mieć dziecko?

– Chciałam, ale trochę na zasadzie: tu będzie płyta, potem mam wolne w grafiku, więc mogę urodzić. Kiedyś poszłam do ginekologa i na wstępie oświadczyłam: “Mam nadzieję, że nie jestem w ciąży, bo wie pani, to nie jest najlepszy moment”. A ona spokojnie powiedziała: “Pani Agnieszko, nigdy nie ma dobrego momentu, zawsze jest coś”. Gdybym myślała w ten sposób, to tak naprawdę w pierwszą ciążę zaszłam w najmniej właściwym momencie. W nowym związku wszystko postawiłam na jedną kartę, ale czułam się z sobą dobrze. Przez lata wykreowałam się na skandalistkę. Ta kreacja mnie uwierała, zaczęło brakować mi w tym człowieka: z jego uczuciami, bolączkami, smutkiem. Byłam patchworkiem cudzych życzeń. Najpierw spełniałam oczekiwania rodziców, potem zespołu, fanów. Zawsze cudze. Nie ma co ukrywać: my, artyści, pchamy się na scenę, bo chcemy być kochani. Myślisz sobie: “Ojcu się nie podoba, matka zrzędzi, ale fani cię kochają i krzyczą: »Super, Agnieszka, chcę być taka jak ty!«”. Tylko z czasem należy znaleźć właściwe proporcje, no, ale żeby do tego dojść, trzeba się tak jak ja kilka razy przewrócić.

Zrozumiałaś, czego chcesz?

– Tak, świętego spokoju i szacunku. Chciałam poczuć się kobietą, której potrzeby są dla kogoś ważne, która może czuć się gorzej, nie mieć ochoty na pracę. W tamtym czasie miłość wszystko załatwiła, dzięki niej miałam siłę, żeby się podźwignąć, miałam odwagę, żeby zakończyć toksyczny rozdział w moim życiu i zacząć nowy. Skromnie, w wynajmowanym mieszkaniu. Okazało się, że można przeżyć za 20 zł dziennie. Pomyślałam sobie, że jeśli celem jest rodzina, to najważniejsze, żebyśmy żyli spokojnie. Musiałam się zresetować, żeby przypomnieć sobie, czego w ogóle chcę. Wtedy zaczęli się pojawiać wokół mnie ludzie, którzy chcieli mi pomóc, począwszy od cudownej Joasi, mojej menedżerki. Spotkałyśmy się dziewięć lat temu, kiedy nikt nie chciał ze mną pracować. Wkrótce okazało się, że jestem w ciąży, i wtedy ona, dziewczyna, która przecież “miała na mnie zarabiać”, zachowała się genialnie, powiedziała: “Aga, nie przejmuj się, zrobię wszystko, żeby zapewnić ci komfort. Spokojnie poczekam, aż będziesz gotowa do pracy”.

– Poznałam także moich obecnych kolegów z zespołu, którzy gdy do nich dzwonię i mówię, że znów jestem w ciąży, nie marudzą, tylko się cieszą: “Dobra, spoko, aby było zdrowe”. Dzisiaj mam inaczej poukładane priorytety, jest czas dla rodziny, na koncerty, na pracę. We wrześniu syn idzie do szkoły, starsza córka do przedszkola, młodsza jeszcze przy cycu, ale niebawem kończy się ten etap, a ja wreszcie odpocznę, pójdę na zakupy i nagram płytę, bo materiał jest już gotowy. Nie wyobrażam sobie nic nie robić. Zresztą w domu jest coś takiego, że nie ma opcji, żeby siedzieć i się opalać.

foto Marek Straszewski Pani 9/2013Niczego nie robisz na pół gwizdka. Jak rodzina, to od razu duża.

– Dawniej Chylińska rządziła na dzielnicy, teraz rządzę w domu. Wczoraj smażyłam cudowne racuchy z jabłkami, zrobiłam blok czekoladowy. Jasne, zdarza mi się tęsknić za luzem, gdy spało się do czternastej, szczególnie kiedy dzieci mają rotawirusa, ale ja już wiem, czym pachnie to szaleństwo, już go zasmakowałam. Dziś dobrze mi jest w domu. Choć czasem szlag mnie trafia, klnę jak szewc, bo jestem impulsywna. Gdy mam chwilę spokoju, włączam muzykę, czytam.

Co?

– Ostatnio literaturę religijną, wykupiłam wszystkie możliwe dzienniki, miesięczniki: “Głos Karmelu”, “Głos Ojca Pio”. Kiedy się do czegoś zabieram, to radykalnie. Gdy ludzie mówią o nawróceniu – strasznie nie lubię tego słowa – to brzmi jakoś patetycznie. Ja któregoś dnia poczułam, że choćbym nie wiem jaki sukces osiągnęła, to w środku czuję ogromny niedosyt, tęsknotę. Długo radziłam sobie z problemami w ten sposób, że zrzucałam winę na innych, zawsze byłam ofiarą, ktoś mnie namówił, ciągle odsuwałam od siebie odpowiedzialność. Zaczynało mnie to zabijać, zdałam sobie sprawę, że muszę się z sobą skonfrontować i przyznać, że wiele rzeczy sama zawaliłam. W końcu wybaczyć i pokochać siebie.

– Najtrudniej było mi to zrobić na etapie, kiedy nic nie szło. Jak wtedy być z siebie dumnym? Przestałam myśleć w kategoriach, że jestem tyle warta, co mój ostatni singiel. A może jestem fajną żoną, mamą, która jest potrzebna w domu? Nie jest tak, że wszystko z siebie wyrzuciłam, nadal nad tym pracuję, ale mam na to całe życie. Szukam wzorów. Ostatnio lubię czytać żywoty świętych. To nie były postaci z obrazów, które tylko rączki składały, ale ludzie z krwi i kości – jeden się lubił napić, inny był kobieciarzem i nagle pojawiał się zwrot akcji. Próbuję równać do najlepszych z najlepszych.

Zawsze musisz mieć punkt odniesienia?

– Kiedyś był to “klub 27”, a teraz święty Franciszek czy święta Klara. Nie chcę być odbierana jako “świętojebliwa”, ale do wiary podchodzę poważnie.

Myślisz, że człowiek nie jest autorem swojego życia?

– Pewne sytuacje pokazały mi, że nie jestem panią swojego losu, że na wiele rzeczy nie mam wpływu. W takich chwilach masz dwa wyjścia: albo szarpać się i obwiniać cały świat, albo po prostu to przyjąć. Zauważyłam, że jeśli ma się dobre intencje, to nawet gdy spotykają nas ciężkie doświadczenia, nie wiemy, którą pójść drogą, za chwilę pojawia się drogowskaz wskazujący nam, w jaką stronę iść. Czy dziesięć lat temu ktokolwiek wpadłby na pomysł, żebym wystąpiła w reklamie ubezpieczeń? Przecież dziesięć lat temu miałam nie żyć! A teraz chciałabym żyć jak najdłużej. Chciałabym zabezpieczyć swoją rodzinę. Wiesz, co mi się w tej reklamie najbardziej podobało? Że zostałam w niej przedstawiona nie jako gwiazda, tylko normalna, zwykła kobieta, w dżinsach i swetrze. Dzisiaj mam życie, które mnie zaskoczyło, ale które bardzo kocham. Wiem, że muszę być czujna i uważać.

Na co?

– Przeszłość to mój bagaż i on jest bardzo ciężki. Cały czas walczę z konformizmem. Nie będę lukrować, macierzyństwo jest trudne, w nim nie ma taryfy ulgowej i nie ma usprawiedliwienia. Możesz spróbować od tego uciekać, ale ja wiedziałam, że muszę się urobić, bo szybko pojawi się pokusa, żeby na kogoś innego zrzucić obowiązki. Kocham ten moment, gdy wieczorem idę jak dozorca i sprawdzam, czy dzieci śpią. Oddałabym za to wszystkie nagrody świata. Być może dla kogoś moje życie straciło wartość, dla mnie – wręcz przeciwnie.

Iza Komendołowicz

 

PANI Wrzesień 2013

foto Marek Straszewski Pani 9/2013