Zwierciadło 12/2012

Wywiad opublikowany  nr12/2012 miesięcznika Zwierciadło.

Rozmawiała Anna Bimer
Zdjęcia Marek Straszewski

Agnieszka Chylińska: Siła pokory

Zwierciadło_Okladka-nr12_2012Zmieniła wszystko: od koloru włosów po światopogląd. dawny bunt wobec innych zastąpiła konfrontacją ze sobą. Jako rockmanka z głosem, charyzmą, ale i  autentycznością, jaką przypisuje się rodowitym raperom z  Bronksu, zaśpiewała nagle pop. Odrzuciła życie, w którym seks i drink… za dużo, za często. Postawiła na rodzinę. Napisała książkę dla dzieci. Agnieszka Chylińska: matka, żona, inna kobieta, inny człowiek.

Życie wymknęło ci się spod kontroli, czy właśnie weszło na właściwe tory?

Nie lubię słowa „kontrola”, bo zbyt często mi towarzyszyło. Powiem więc, że nareszcie kieruję swoim życiem. Wcześniej byłam oklejana różnymi epitetami na swój temat, zbudowana z patchworku cudzych ocen, ale to, że ktoś uważał, że byłam taka czy siaka, i to się podobało lub nie, nie oznacza, że byłam z tym szczęśliwa. Mogło mi się wydawać, że jest fajnie. Ale wszystko się zmienia, kiedy poznajesz smak tego, co prawdziwe.

Lubisz swoje życie?

Zdecydowanie tak. Pomimo mankamentów związanych z byciem żoną i matką… jestem szczęśliwa, że mam takie życie. Coraz bardziej wygląda na normalną historię zwyczajnego człowieka. Przeszłam długą drogę. Dzieli się na wyraźne etapy: po O.N.A., w O.N.A. i sprzed O.N.A. – czyli beztroski 17-latki. Zresztą wydaje mi się, że wtedy byłam najmądrzejsza. A zwłaszcza gdy miałam osiem lat i rysowałam, że jest mama, tata, dom, dzieci, szczęście, pomagamy biednym, nie obrabiamy nikomu dupy, jesteśmy uczciwi, prawdomówni, a w głównej mierze – jesteśmy pogodni…

Jak w twojej książce. Pisząc ją, zatoczyłaś koło?

Kiedy przeczytałam ją na spokojnie, zauważyłam, że spotykam się w niej ze sobą, z tą ośmioletnią dziewczynką i jej prostymi prawdami. Ale to nie jest autobiografia. I nie jest to też baśń, lecz książka dla dzieci. Opowieść o rodzeństwie – Zezi i Gilerze. Mają rodziców, którzy borykają się z różnymi problemami, ale którzy bardzo się kochają. Mają babcie, które mają też swoje relacje z rodzicami. Żartuję, że to jest jak z bajkami typu „Shrek” – przy czym mam świadomość, że Trylogia to to nie jest – że dorośli i dzieci się śmieją, ale z zupełnie innych powodów. Chciałabym, żeby tę książkę z przyjemnością czytali rodzice swoim dzieciom, jednocześnie sami mając z tego radochę, wychowani na Małgorzacie Musierowicz, na „Dzieciach z Bullerbyn”. Pamiętam, jak stało się w kolejce po książkę Krystyny Siesickiej „Zapałka na zakręcie”… mam ją do dziś. I został mi głód czytania, mogę nie mieć nowych butów, ale książki muszą być w domu. W wieku ośmiu czy dziesięciu lat chciałam być pisarką. Z przyjaciółką Patrycją prześcigałyśmy się w pisaniu opowiadań, zadając sobie temat na drugi dzień. Patrycja pisała swoją opowieść, ja swoją. Mam tego całe zeszyty.

Po takich wprawkach teraz poszło ci jak z płatka?

Bezboleśnie, bez silenia się, bez nadęcia. Usiadłam przed komputerem, jak dzieci spały, i najpierw mówię: „Napiszę coś inteligentnego, intrygującego, w końcu jestem taka inteligentna”. Ale potem myślę sobie: „Kurczę, co ja dzisiaj znam, jakie są we mnie tęsknoty?”. I zaczęłam w sposób naturalny pisać o Zezi i o Gilerze. Dosłownie na dwa rozdziały przed końcem zadzwoniła Joasia, moja menedżerka, i mówi: „Wydawnictwo Pascal pyta, czy nie chciałabyś wydać autobiografii”. Na co ja: „Nie, ale książkę dla dzieci piszę”. I oni się tym na serio zainteresowali. „Wow, super!” Oczywiście, trudne jest dla mnie to, że książka będzie odbierana przez pryzmat moich wcześniejszych „istnień”, że nie będzie to debiut w stu procentach, kiedy pojawia się ktoś znikąd. Tylko mamy Agnieszkę Chylińską z całym bagażem, z dziarami, z „fuck off” i tak dalej… a ona nagle z czymś takim. Ale właśnie w tym jestem dziś prawdziwa. Nie wyobrażam sobie napisać horroru czy powieści erotycznej. Zresztą nie czytam tego. Odkryłam za to Lindę Dillow, Joyce Meyer i lubię te protestantki zwariowane, ale również zachwyca mnie prawosławny Teofan Rekluz i karmelita Wilfrid Stinissen, którzy świadczą swoim życiem i są w tym uczciwi.

Dawniej twoimi bibliami były biografie Morrisona, Janis Joplin…

Przyszłam do zespołu zafascynowana Klubem 27, czyli zatraceńcami, którzy spłonęli na scenie. Chciałam jak oni. I dopadł mnie syndrom ćmy lecącej do świecy.

Negujesz tamten czas?

Sukces stał się moim błogosławieństwem i przekleństwem, kompletnie nie byłam gotowa na to, co się zaczęło. Dlatego w programie „Mam talent”, kiedy siedzę za stołem jurorskim, korci mnie do „bycia mądrym” i czerpania z „mojego doświadczenia”, bo coś widzę naprzód. Natomiast niczego z przeszłości nie neguję, a zwłaszcza nie analizuję. Już nie. Kiedyś godziny marnowałam na rozmyślanie, dlaczego coś miało miejsce. Godziny!!! Aż ktoś mi powiedział, że „wczoraj jest jak nieważny czek, jutro jest jak promesa bankowa, a dzisiaj masz żywą gotówkę i możesz z tym zrobić coś dobrego”. Zaczęłam kierować życiem właśnie wtedy, gdy zauważyłam, że sama siebie unieszczęśliwiałam, wyszukując preteksty, by siedzieć i ryczeć. Uznałam, że nie mam wpływu na wiele rzeczy. I pojawiła się – to bardzo niepopularne słowo – pokora. Ale rozumiana nie jako niemoc, lecz bezpardonowa konfrontacja ze sobą. Uświadomienie sobie swoich ograniczeń, deficytów i stwierdzenie: „No dobra, mam, co mam”. Z tym muszę uważać, tutaj wyżej dupy nie skoczę. Ale OK. Żyjemy dalej.

Zwierciadło_1-nr12_2012Duża samoświadomość.

Zobacz, jak inaczej padają słowa na kogoś, kto lubi siebie i ma do siebie szacunek. Uczę się tego. Inaczej nie przeżyłabym kontrowersji związanych z ostatnią płytą, po której dla wielu dziennikarzy czy rozgłośni umarłam. Bo skończyłam się na etapie, który był akceptowalny przez te osoby. Ktoś uznał, że ma prawo powiedzieć: „To była autentyczna Chylińska, ale już nie jest, bo robi to czy to”. Gdyby ta sytuacja miała miejsce dziesięć lat temu, zaryczałabym się na śmierć. Teraz myślę: „Stary, jeśli chcesz wyrwać z mojej historii tylko jeden moment i ozłocić go – twoja sprawa. Ale ja mam całe życie do przeżycia”. Byłam autentyczna, śpiewając w O.N.A. Byłam sobą, rodząc mojego syna. I w podstawówce, kiedy przez przypadek ukradłam lemoniadę w woreczku. Byłam sobą na każdym tym etapie. Ale co było, to było.

A co jest?

Dzisiaj nie spałam pół nocy, bo Esia miała katar. I co – miałabym teraz usiąść i kontestować? Teraz energię trzymam dla mojej rodziny. Feministki powiedzą, że tak wygląda kobieta z dziećmi – „o, od razu przestała myśleć”. – Nie! Ja mam poczucie pełni. Po doświadczeniu zespołu czułam się jak stara kobieta, byłam wypaloną 27-latką. Próbowałam odgrzewać dawne przyjaźnie, ale zupełnie nie potrafiłam znaleźć wspólnego punktu z dziewczynami, które świeżo kończyły studia i dopiero wchodziły w dorosłe życie.

Kwestia doświadczeń czy obcowania z dużo starszymi kolegami?

Wszystkiego. To straszne, co powiem, ale dzisiaj powiem wiele takich rzeczy, o których nie sądziłam, że padną kiedykolwiek z moich ust – kiedy wchodzisz w branżę muzyczną, gdzie nie ma żadnych zasad, jedyną jest to, żeby nie dać dupy na koncercie i dobrze zaśpiewać. Ale z czasem, kiedy pojawia się blaza i pieniądze, nawet to zaczynasz olewać. Bywały koncerty, z których połowy nie pamiętałam, byłam tak pijana. To ludzie śpiewali, widząc, że jakiś chochoł się kręci na scenie. W końcu zmęczona usiadłam i pomyślałam: „Kurczę, co ja takiego zrobiłam dla siebie? I tylko dlatego, że powiedziałam sobie: ja tego chcę?”. Nie próbuję powiedzieć, że to była moja martyrologia, choć bardzo bym chciała to w coś takiego oblec. Ale to nie jest prawda. Przecież pogrzebałam związek z poprzednim mężem, bo najważniejszy był zespół, kariera, bycie w mediach, bycie głosem w sprawie. Ja tym żyłam. Wpadałam do rodziców, rzucałam plecak, matka mówiła: „Chociaż obiad zjedz”, a ja:  „Nie, nie, już muszę na próbę”. I  tak leciałam…

Co cię zatrzymało?

Pewnego razu słyszę pukanie. I puka człowiek. Człowiek, który nie prosił, żebym mu coś załatwiła. Nie chciał ze mną pójść do łóżka, ponieważ dobrze jest pójść z Chylińską do łóżka, bo to pomoże w promocji – takie rzeczy też się zdarzały. Ale tym razem przyszedł człowiek do… kobiety. A wtedy ja poczułam, jak bardzo chciałabym odpocząć. Najnormalniej w świecie, fizycznie odpocząć. Marka obecność w moim życiu to nie jest obecność kogoś, kto każe mi coś robić. Ja to nazywam postawą miłości. Swoją obecnością sprawił, że stwierdziłam: „Coś mi tutaj nie pasuje, nie pali mnie, nie chcę dalej pić, ćpać”. Zaczęło mnie to wszystko nudzić. Kariera to fatamorgana. Wydaje ci się, że tak już będzie zawsze, a poza tym, że to jest prawdziwe życie. Że jak wychodzę z „Dzień dobry TVN”, robią mi zdjęcia, to to jest prawdziwe życie. No nie! Pojawił się w moim domu kot. I ten sierściuch coś we mnie obudził. Moje serce zaczęło widzieć więcej, że ktoś potrzebuje pomocy. „Może byś zatem poświęciła chwilę swojego cennego gwiazdorskiego życia dla kogoś…” A ukoronowaniem mojego buntu wobec poświęcania i dawania siebie innym były narodziny mojego dziecka. Zaczęła się wewnętrzna szarpanina. Ja to przyrównuję do sytuacji, kiedy biedna gąsienica wchodzi do kokonu. Pewnie rozgrywa się tam coś megastrasznego. Jest rozrywana przez te skrzydła, walczy. Chce być gąsienicą, ale już nie jest. Aż wreszcie staje się motylem. Pięknym, cudownym, który sobie lata i nie myśli, że był gąsienicą. Tak jest ze mną.

O co mocowałaś się najbardziej?

Do dzisiaj mam z tym problem. Kwestia… pełnego oddania się komuś. W liceum chodziłam na warsztaty aktorskie. Jednym z ćwiczeń było wybrać sobie osobę z grupy, udawać, że się mdleje i upadać w objęcia tej osoby. Nie byłam w stanie. Nie ufam. Wymyśliłam sobie, że będę liczyć wyłącznie na siebie, stworzyłam sobie pancerz: „Nie dopuszczę do siebie nikogo, bo za tym idzie cierpienie”. Tymczasem takim myśleniem można się zamordować; skazujemy się na ogromną samotność. Na etapie konfrontacji ze sobą odkryłam, że głęboko, pod maską, chcę do kogoś należeć. Bardzo. Straszliwie. Właściwie to mi spędza sen z powiek i jest powodem moich frustracji, buntu. Więc otworzyłam się na miłość, choć, oczywiście, nieufna. Już, już doszukiwałam się czegoś złego, podstępu. Niepotrzebnie. Ale pojawiła się proza życia, czyli coś, czego nienawidzę. „Przecież chciałam być gwiazdą, żeby mieć atrakcyjnie, niebanalnie, wyjątkowo”. A tu kasa się skończyła, sława się skończyła. Jestem z facetem, który mi się objawia coraz bardziej zwyczajny… – „chyba się zatłukę!!!”. Wynajmowaliśmy kawalerkę, nie miałam zajęcia, nie miałam tego, co mnie trzymało przez 12 lat. Ile było łez! Obwiniania wszystkich… Natomiast wraz z Markiem dostałam przekaz, że zasługuję na miłość i wystarczy, że jestem. Nie muszę się starać, zabiegać o kogoś.

Musiałaś? Przecież, sądząc po książce, miałaś cudowne dzieciństwo.

Tak. I naprawdę każdą chwilę tego dzieciństwa pamiętam. Ale w domu była ogromna kontrola. Moja mama – nauczycielka, tata – historyk. My jako dzieci musieliśmy zasłużyć na pochwałę rodziców. Czyli: „Dostałaś piątkę, dobrze” – piątka to była norma. „Cztery? Czemu nie pięć?” Nie chcę ujadać na moich rodziców. Oni jak na ich historię życia dali z siebie sto procent. Dzisiaj to widzę. Jestem rodzicem, więc wiem, jak trudno komuś, kogo się strasznie kocha, dać tę wolność i akceptację…

Dogoniło cię twoje dziedzictwo…

Klątwa wróciła. Chciałam być czarną nietoperzycą, która umrze w  wieku 27 lat, a  jestem dobiegającą czterdziechy mamą trójki dzieci.

Musiałaś przedefiniować bardzo wiele pojęć.

Tak, teraz sobie zdaję sprawę, ile tego było. Odczepienie się od toksycznych postaci. Dzieci, macierzyństwo, Marek.

Nie budzisz się, jak dawniej, w nocy z trwogą: „Ja pier..lę, kiedyś umrę?”

Ile razy ja sobie wyobrażałam mój pogrzeb i co ma być na nagrobku napisane! A dzisiaj – „jaki nagrobek?”. Chcę żyć jak najdłużej. Uprawiam zaklinanie rzeczywistości: „W ciągu najbliższych 60 lat nie mogę umrzeć. Muszę żyć”. O, i odzywa się ta pieprzona kontrola i myśl, że muszę. Ale gdyby nie bardzo silne poczucie kontroli, to myślę, że zjechałabym po równi pochyłej. Na szczęście nie znoszę też rutyny. Dlatego powtarzalność cyklu picia, kaca i znowu picia nigdy mnie nie bawiła. Poza tym kiedy pojawiła się miłość, chciałam patrzeć na Marka trzeźwym wzrokiem. Żeby mi się nie zamazywał. Żebym pamiętała wszystkie fajne chwile.

Można powiedzieć, że otrzeźwiałaś.

Dosłownie i w przenośni. Odzyskałam też spokój od momentu, kiedy okazuje się, że mogę o czymś decydować, a nie tylko patrzeć, czy podoba się komuś to, co robię. Potrafię stworzyć wokół siebie – wyłącznie zmianą myślenia o sobie – zajebiste warunki do pracy, kochania, życia, rodziny. To moje wielkie odkrycie. Powinnam sobie przyznać nagrodę.

Pokojową?

Taaak… Tylko trochę boję się myśleć, co będzie dalej, skoro dokładnie wiem, co bym chciała, żeby moje dzieci robiły w przyszłości. Żeby Ryszard był rolnikiem, jak mój wuj. Esia – żeby tańczyła w Mazowszu. Ma dwa lata i jak się włączy muzykę… niesie ją. W tym tańcu kompletnie się zapomina. A Krysia, która się dopiero urodzi, też ma karierę wymyśloną, żeby pracowała w Urzędzie Stanu Cywilnego. W papierach, tam, gdzie zgłaszasz narodziny dziecka. Tam Krystyna. Genialne! Ale, oczywiście, jak nie będą chciały, trudno. Chciałabym dziś matkować całemu światu. Jak tylko skończymy wywiad, to zaraz będę się zastanawiać, czy żarcie dzieciakom smakowało, bo przecież mój rosołek jest najlepszy pod słońcem. Na sercach i cielęcince, na mostku… Wiesz, na czym się ostatnio złapałam? W przedszkolu była kartka: „Prosimy przynieść kasztany i żołędzie, bo dzieci będą robić z nich ludziki”. A ja nie wiem, gdzie są żołędzie w Warszawie. Kiedy ja ostatnio byłam w parku? Trzeba było wyjść na ulicę, olać paparazzich i cudownie, bo to mnie zaprowadziło w okolice Chojnowskiego Parku Krajobrazowego. Piękne dęby. Nazbierałam, co trzeba, całą siatę. Nazbierałam liści klonów czerwonych. Odkrywam uroki zwyczajnego życia, kiedy jadę na wieś, a nie do hotelu all inclusive, który jest eufemizmem na kolejne izolowanie się od ludzi. Biegam z dziećmi po lesie w gumiakach. Żyjemy skromnie, ale prawdziwie. Jestem ciekawa, jak to będzie dalej szło. Te dzieciaki, nasza relacja z Markiem. Mam po raz pierwszy poczucie, że warto żyć. Nie, że się opłaca. Wierzę, że przychodzi czas na wszystko i nic się w tym życiu nie spóźnia. Gdybym poznała Marka rok wcześniej, nawet dzień wcześniej, to może nie zwróciłabym na niego uwagi. A tak coś mi tam nagle zaczęło pukać do tego mojego zmęczonego łba.

Czuję, że nie byłoby tej przemiany, gdyby nie poszukiwania duchowości.

Mój tata jest ateistą. Mój brat – perkusista deathmetalowych kapel – wiadomo: „ciemna strona mocy”. Uważałam za naturalne, że mam poglądy ojca. I wydawało mi się, że one są moje. Dostawałam pod choinkę Richarda Dawkinsa i opowiadaliśmy sobie, że Boga nie ma. Nie miałam potem takiego momentu typu: święty Paweł, droga do Damaszku, nagle koń stanął dęba, a Paweł oślepł… Tak jak odblokowało mi się pragnienie oddania się komuś w miłości, tak samo nadeszła tęsknota za tym, żeby poszukać Boga. Nie określonego w jakiejś religii, tylko jako absolutu. Brakowało mi tej sfery.

Jako kontemplacji, duchowości czy zasad i życiowego drogowskazu?

Sensu. Nie szukałam dyscypliny, chociaż systemu zasad… może też. Na tamtym etapie była ogromna tęsknota za poszukiwaniem Boga w moim życiu. Przyszedł też czas konfrontacji z ojcem i jego wpływem na mnie. Chciałam poznać tak naprawdę swój własny punkt widzenia. I kiedy się na to otworzyłam, zrobiłam ostateczny krok w kierunku odrębności, definitywnego odcięcia pępowiny. W trakcie nagrywania pierwszej edycji „Mam talent” poznałam Szymona Hołownię. Było to jedno z ważniejszych spotkań w moim życiu. Nic tego nie zwiastowało, przeciwnie, przyszłam z nastawieniem: „Aha, to jest ten gościu, ten nawiedzony”. A potem to już poszło… Nie o wszystkim chcę mówić, to sfera intymna. I nie dlatego, że się wstydzę, bo w dzisiejszych czasach nie wypada mówić, że jest się wierzącym. Tylko jest taka zasada, żeby jednak świadczyć swoim życiem. Żeby nie pierdolić, tylko żyć. Jesteśmy idealistami, chcielibyśmy, żeby świat był piękny i wkurzamy się na wielkie instytucje, takie jak Kościół, że one nie odpowiadają za to. Tylko ja wierzę, że lepiej będzie, jeśli każdy z nas zadba o to, co ma wokół siebie, a zapewniam, że bardzo wiele jest do roboty, np. w relacji ja – dzieci, ja – mąż, ja – rodzice, ja – przyjaciele, ja – wrogowie… Istnieje cała siatka połączeń, spraw, więzi. A ja Kościół rozumiem jako wspólnotę i cieszę się, że poznałam go od dobrej strony.

Czyli?

Od strony człowieka i jego intymnej relacji z Bogiem. Jak się popatrzy na takie historie, jak św. Maksymiliana Kolbego, który powiedział: „Dobra, gościu, to ja idę do tej celi głodowej, nie ma sprawy”, wtedy wiadomo, że w tym Kościele coś jest. Nie znałam wcześniej takiej siły. Nie żyję już w filozofii: na cholerę żyć, skoro umrzemy, na cholerę się myć, skoro się zabrudzimy, na cholerę wchodzić w związek, skoro i tak któreś z nas umrze. Ten czas „od – do” jest cudowny. Jeśli umiemy jak dzieci brać życie, zamiast się przed nim barykadować. Życia nie skontrolujesz, nie zaplanujesz. Dlatego ja planuję jedynie następny dzień.

A  zawodowo?

Mam marzenia. Chciałabym napisać monodram dla Krystyny Jandy. I żeby jej się to spodobało.

Lubisz dziś siebie? Inni cię lubią?

Od kiedy dobrze myślę o sobie, parę osób powiedziało: „Nareszcie! Można z nią normalnie pogadać. Jest jakiś człowiek w  tej dziewczynie”.

Anna Bimer